Połowa czerwca, kwitnie biały bez
i siano, pachnie kurzem i znojem
rozgrzanej wiejskiej drogi.
Widzę, że tamten dom na odludziu,
który znam i z trudem poznaję,
ma się całkiem nieźle: dostał nowy
dach. Spłowiała strzecha trzyma się mocno
jedynie głowy Zuzy Mereszki, która
niespodziewanie rozchyla moskitierę,
wytacza się w upał i sunie ciężko przez trawnik
z miską paszy dla kur. Dobrze się trzyma –
myślę z czułością. I nagle dociera do mnie,
że ta stara, wiejska, kobieta
to nie może być
nieboszczka Zuza Mereszka, to przecież jej
nieboszczka Zuza Mereszka, to przecież jej
wnuczka Halina, moja szkolna koleżanka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz