Siedzę na ławeczce i czubkiem buta udeptuję śnieg. Bawię się śniegiem, bo jest zima, mróz zelżał, wiatr ustał, skorupka lodu przyjemnie chrzęści, a miejsce, w którym jestem, nie jest już tak zimne, smutne i pozbawione życia, jak podczas niedawnych, apokaliptycznych mrozów. Próbuję stworzyć wzór liścia paproci, ale tak wychodzi mi anioł. Skrzydła ma jak skrzydła, a szpony jak szpony. Nie licząc korony – wszystko w nim jest takie jak trzeba. Anioł w śniegu jak się patrzy, domena dzieci, zawianych pechowców i pozbawionych równowagi nieszczęśników.
Siedzę na ławeczce w głębi lasu, otoczona nieskazitelnym śniegiem i oceniam swojego orła. To nie jest moje miejsce. Ktoś, kto je zagospodarował i urządził, bywał tutaj w trudnych chwilach najsilniejszej potrzeby, największego pragnienia. W chwilach bolesnego niepokoju, który go ogarniał, gdy tylko pomyślał o swoim położeniu, o lodowatej ścieżce, którą sam wydeptywał przez lata w niespodziewanie spolegliwej ziemi, o śniegowej kuli, która pewnej zimy przykuła mu się do nogi i już nigdy nie odpuściła. Był zaskoczony, kiedy zrozumiał, że jego buty już nie potrafią wydeptywać innych dróg, opierają się tworzeniu nowych wzorów, że zawsze już tak będzie krążyć w obrzydłym, zimnym, pozbawionym życia krajobrazie, coraz bardziej niewidzialny, witany co najwyżej machnięciem ręki i wzruszeniem ramion przez przypadkowych, nie dość czujnych przechodniów. W punkcie wyjścia był przecież nieśmiertelny, nie wiedział niczego ani o szaleństwie, ani o samotności, ani o śmiertelnym zmęczeniu, gdy roześmiany i radosny wyruszał w drogę.
To nie jest moje miejsce. Czasami biorę je w posiadanie, bo mogę. Zwolniło się, bo coś w czyimś życiu ostatecznie dobiegło końca. To nie jest miejsce, w którym da się zostać, ale można wreszcie odetchnąć po wyczerpującym marszu przez las. Opieram się plecami o pień, strącając w śnieg kępkę porostu. Wkładam ją aniołowi pod skrzydło. A potem zamykają mi się oczy. Tak lekko, bez wysiłku. I nie ma nic.




