wtorek, 10 sierpnia 2021

GADKA SZMATKA

 

- Nie przyszłaś! – syknęła Mrówa i rozejrzała się na boki. Oczy miała - jak to ona - czerwone i zapuchnięte. Zatrzymała wzrok na dziupli w wierzbie i zastygła na dobrą chwilę z rozdziawioną gębą.

Owo zapatrzenie, bezruch, a zwłaszcza milczenie były dość nietypowe dla Mrówy. Ludzie szeptali, że po całych nocach pali się u niej światło, a Mrówa z mężem prawie nie sypiają. Gadają i gadają, i nigdy nie mogą się nagadać. A potem robota nie zrobiona, bo się snują po obejściu jak ten smród po gaciach, a jeszcze co chwila przystają, żeby coś dopowiedzieć, jakby całonocnej gadki było im za mało.

Dżez obnosił się po wsi z taką zabawną anegdotą, jak to kiedyś jechał rowerem przez wieś, a Mrówa wracała skądś z ćwiartką owsa na plecach. Zatrzymał się, żeby pomóc - ulżyłby kobiecie, a i jemu akurat brakowało parę groszy do pełnego rachunku.

- Nie chcę pomocy, nie mam pieniędzy, nie mam czasu, daj mi spokój, Dżez – burknęła. Ale jakoś tak się im się zgadało o tym i o owym. Minął kwadrans, pół godziny.

- Zrzuć worek na ziemię, ciężko ci – radził Dżez.

Ale Mrówie się nie opłacały ceregiele z workiem, naprawdę nie miała już czasu.  Przerzucała tylko ładunek z ramienia na ramię i gadała, gadała. Słońce grzało coraz mocniej i pewnie by wtopiło Mrówę w asfalt, gdyby Dżez miał czapkę. Ale nie miał i przez to coraz dotkliwiej suszyło go w gardle. Więc wsiadł na rower i odjechał w siną dal, gdzie krystalizowała się już mocna wiśnia, piwo, albo - w ostateczności - zwyczajny, ratujący życie jabol. 

 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz