niedziela, 6 lutego 2022

ŚWIAT STUDNI

Myślałam, że nic z tego nie zostaje. Że płowieje, murszeje, że rozpada się w proch - jak staromodna makatka, wyhaftowana na niebiesko sentencja: "Zimna woda zdrowia doda". Pod makatką blaszane wiadro, a wyżej, na chwiejnym gwoździu - emaliowany kubek.

Do czerpania wody służyła nam drewniana tyczka z hakiem, zwana kulką. Dorośli operowali kulką po mistrzowsku. Dzieci nie miały prawa zbliżać się do studni.

- Wpadniesz i się utopisz! - ostrzegała babcia.

W studni szukałam migotania. Nie brałam sobie do serca babcinych przestróg. Nie zniechęcały mnie historie o utopcach, czyhających na niegrzeczne dziewczynki. Nie wierzyłam w potwory. Wodnik, Judasz, zarazek Heinego-Medina - to były postaci z gazet, z książek, nie kończących się babcinych opowieści. Czasami - w szumie słów - trudno się było zorientować co jest przestrogą, co modlitwą, co wierszykiem, a co zwyczajną bajką.

Nie było się czego bać. Świat studni wydawał się cierpliwy i wyrozumiały. Czego innego mogłam się o nim nauczyć? Zdarzało się, że wiadro spadało mi z kulki, z przerażeniem przyglądałam się jak tonie, a następnego dnia znajdowałam je w zwykłym miejscu, w kącie za drzwiami, pod haftowaną na niebiesko makatką. Nieodwracalność istniała tylko hipotetycznie. Rzeczy znikały i same wracały - jak gdyby nigdy nic.

Tymczasem świat się uczył ludzkich rytuałów i potajemnie nabierał doświadczenia. A kiedy matka Walentyny wpadła do studni - już nie pozwolił jej wrócić.

I po co to było tak się przechylać przez cembrowinę? Przecież to taka dobra studnia: wysoka, porządna, z kołowrotem. I gdzie to była głowa i rozum - chodzić po wodę w środku nocy, w samej koszuli, bez butów, a nawet bez gaci na tyłku. Topielica świeciła gołą dupą, kiedy ją rano wyciągnęli na podwórze. Jeszcze po śmierci narobiła chłopu wstydu. I to przed całą wsią.

Nie wiedziałabym, która to jest ta Walentyna, gdyby jakieś licho nie przyniosło jej pewnego dnia w pobliże naszej sadzawki. I gdyby Stasiek nie wydarł się za nią: "Walentyna, ojciec cię dyma!". "Ojciec z Walentyną pod jedną pierzyną" - popisywał się niewątpliwą elokwencją, podczas gdy Jerek pokładał się ze śmiechu.

Mieszkałam już wówczas w internacie i dopiero po latach dopadła mnie wiadomość, że Walentyna również wpadła do studni. Do tej samej, co matka - porządnej, wysokiej, z kołowrotem.

Studnia jeszcze tam stoi. Z daleka wyglądała na wyschniętą, niegroźną. Wystarczy się jednak pochylić nad cembrowiną, żeby zobaczyć, że jeszcze jest w niej woda. Tamto migotanie.


 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz