piątek, 9 września 2022

Z CYKLU: s = Vt. DRZWI Z SERDUSZKIEM

Sąsiadka, nazywana przez nas panią Zofią, a we wsi i w szkole Zosią Prokuratką, miała zegar: wielki, rzeźbiony, z wahadłem i kukułką. Też byśmy taki mieli - w spadku po pradziadkach - gdyby nie spadły na nas wszystkie tamte wojenne pożogi, po których do moich czasów dotrwała jedynie dziura w ziemi, kupka gruzu i my.

Długo nie znałam się na zegarze. Nie było sensu zajmować się czasem, który miał zwyczaj stać bezczynnie i kisić się w swoim codziennym banale. Bo co może z takim począć kilkuletnia dziewczynka? Delektować się zapachem świeżej słomy w sienniku, zwierzęcą wonią puchowej pierzyny, wyciem ognia w palenisku, wzorem sadzy na kloszu lampy naftowej? 

W erze powolnego czasu mijała wieczność, nim rodzice wrócili z pracy w szkole, a druga wieczność, nim ojciec z Kasztanem zaorali pole, trzecia wieczność, zanim Buba się nażarła na marnym pastwisku i chciała wracać do domu na dojenie, czwarta wieczność - nim mama skończyła pranie w balii, piąta wieczność, nim babcia wymodliła ulgę w bólu, szósta wieczność - nim proboszcz skończył niedzielne ogłoszenia parafialne, siódma wieczność... 

Kroił się chleb, gotowało mleko, węgiel i popiół brudziły podłogę. Kołchoźnik trzeszczał, płakał głosem Towarzysza Wiesława,  lub zawodził perliście jako Mieczysław Fogg. 

Trybuna Ludu kołysała się na gwoździu w drewnianej ubikacji z cuchnącą dziurą w ziemi i serduszkiem na drzwiach. Litery nagłówków składały się w ciągi. Niektóre ciągi nakładały się na słowa, które już znałam ze słyszenia, np.: Plenum Partii, albo Jurij Gagarin. Wkrótce odkryłam schowek na klucz do szkolnej biblioteki. To było łatwe - pani Zofia średnio dbała o bezpieczeństwo powierzonych jej zbiorów. 

Jednej z książek nikt jeszcze nie otworzył, nie opieczętował, nie obłożył w szary papier. Pan Samochodzik uchylił drzwi do swojego wehikułu i - zanim się obejrzałam - odjechałam z zawrotną prędkością w nieznany drugi świat.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz