Doniesienia o jej świętości połykałam przez lata niczym bocian żaby - bez apetytu i bez żadnych szczególnych oznak przetrawienia. Z bezpośrednią relacją z pobytu w jej świątyni cierpienia (dokładniej baraku, pozbawionego udogodnień cywilizacyjnych) w Kalkucie zetknęłam się po raz pierwszy za sprawą Martina Caparrossa i jego książki "Głód" (która otworzyła mi oczy na wiele fetyszy tego świata). Po kilku próbach dalszego drążenia tematu zobaczyłam w tej charyzmatycznej zakonnicy niezwykle utalentowaną, pozbawioną jakiejkolwiek moralności, czy choćby przeciętnej przyzwoitości, celebrytkę. Owa paniusia nigdy nie zadbała o przejrzystość swoich finansów, rozbijała się po świecie prywatnym odrzutowcem, spotykała się z głowami państw i wszystkimi, którzy nie wahali się sypnąć groszem, podczas gdy jej zakonnice, Misjonarki Miłości, żebrały na ulicach Kalkuty i dopuszczały się niechcianych zachowań, żeby kupić jakiekolwiek środki przeciwbólowe dla swoich podopiecznych. Nikt z chorych czy tylko rannych, nikt z młodych czy starych, kto trafił pod jej opiekę, nie miał szans na przeżycie: nie dostawał dostępu do służby zdrowia ani jakichkolwiek osiągnięć medycyny. Miał za zadanie jak najbardziej cierpieć i umierać w bólach na chwałę Chrystusa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz