Pewne rzeczy zostały mi dane. Mam tutaj żelazną furtkę, a za nią miedzę, którą można bez wysiłku wędrować w stronę własnego cienia, albo w stronę zachodzącego słońca. Dzisiaj na jej szczycie stały dwa młode konie, malowniczo upstrzone przez purpurowe niebo. Już się trochę znamy, więc wiem, że to nie są te same zwierzęta, które się tu pasły przed rokiem i nie te, co przed dwoma laty, ani przed trzema. Nie wiem, skąd się bierze ta zmienność, ale mam przeczucie, że stoi za nią jakaś niemożliwa do zaakceptowania katastrofa, nonsens, skandal i trauma. Zdaję sobie sprawę, że niezmierny lęk, który na mnie spada, kiedy o tym myślę, może być tylko jednym: lękiem przed śmiercią. Próbuję go w czymś osadzić, w jakiś sposób go zrównoważyć, rozładować. Jakiś starożytny filozof radził, żeby ćwiczyć się w śmierci, myśleć o niej jak o części życia. Życia, które jest niczym innym jak strumieniem, który zasila się nami, przez chwilę niesie, a po jakimś czasie nieuchronnie porzuca, aby móc porwać coś innego. Nie jesteśmy aż tak ważni.
Konie sobie poszły, a właściwie pobiegły i była w ich podskokach jakaś tryskająca, roztańczona radość. Życie. Ja natomiast skorzystałam z resztek światła i sfotografowałam rżysko. Jutro mogą je zaorać. Kilka dni temu żył sobie tutaj owies, ale już stał się paszą dla koni.







