Nie robię makijażu. Chciałabym mieć bardziej wodniste oczy, dobrze
nawilżone kropelkami visine, takie bardziej pasujące do bezchmurnego
nieba, przejrzyste, dalekowzroczne, oczy przenikliwe jak szpilki, które
się przebiją przez te wszystkie skóry, skorupy, krwioobiegi, materie. I
nawet nie skaleczą, nie drasną tego miejsca, które zresztą i tak
niczemu nie służy. Specjalnie wymyślonego po to, żeby można było sobie uprawiać jakąś samotność, hodować na parapetach jakąś rachityczną miłość, albo rozpacz, albo mimozowate szczęście. Gdzie może czasem Ktoś przyjdzie, wypali na kanapie jakieś zielsko i wydmucha nosem zielony dym. Chciałabym zobaczyć ten chybotliwy żar, tę iskierkę zielonego światła - może bym wreszcie wiedziała dokąd iść. Noszę permanentny makijaż i może stąd ta długotrwała fatamorgana, zaćma, ta niemożność znalezienia strzałki na drodze. Otwieram oczy, zamykam oczy. Znam miejsce, czas i inne masochistyczne szczegóły, albo nie. Śnię jakiś sen, albo nie. I zawsze żyję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz