Upiorne światło, jak ilustracja do apokalipsy. Zadzieram głowę i
obserwuję, jak rozpełza się nad Ziemią. Zaczynam je nawet podziwiać za
metaliczną barwę i typowo ludzką zachłanność, z jaką zawłaszcza niebo. A
wtedy światło robi zwrot i - z właściwą sobie prędkością - wbija się w
drogi, w pobocza, w odsłonięte ciała. Jak obcy duch. Znikąd ratunku.
Wieś pochowała się za chałupy, telewizyjne ekrany, komórki, za kościelną
wieżę. Jestem prawdopodobnie jedyną, która
widzi, jak moje opętane ciało wpada w poślizg na zalanej deszczem
szosie. Oczywiście jeśli nie liczyć Boga, który – być może – mógłby to
potem obejrzeć na stopklatkach: upokorzone, bezwładne, wymachujące
rękami ciało, które leci do tyłu na złamanie karku, na pewną śmierć.
Jednak mój duch trzyma pion: w ostatniej chwili napręża mięśnie,
wzmacnia połączenia nerwowe, puste miejsca zalewa adrenaliną. Wydaje
jakieś okrzyki, typu: O k…a!, a może nawet: O Boże! I wszystko kończy
się dobrze – zwyczajnym, bezbarwnym zmierzchem. Sześć śmiertelnych ofiar
na drodze – zachłystują się media. Gdzieś na Mazowszu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz