czwartek, 28 marca 2019

GDZIEŚ NA MAZOWSZU

Upiorne światło, jak ilustracja do apokalipsy. Zadzieram głowę i obserwuję, jak rozpełza się nad Ziemią. Zaczynam je nawet podziwiać za metaliczną barwę i typowo ludzką zachłanność, z jaką zawłaszcza niebo. A wtedy światło robi zwrot i - z właściwą sobie prędkością - wbija się w drogi, w pobocza, w odsłonięte ciała. Jak obcy duch. Znikąd ratunku. Wieś pochowała się za chałupy, telewizyjne ekrany, komórki, za kościelną wieżę. Jestem prawdopodobnie jedyną, która widzi, jak moje opętane ciało wpada w poślizg na zalanej deszczem szosie. Oczywiście jeśli nie liczyć Boga, który – być może – mógłby to potem obejrzeć na stopklatkach: upokorzone, bezwładne, wymachujące rękami ciało, które leci do tyłu na złamanie karku, na pewną śmierć. Jednak mój duch trzyma pion: w ostatniej chwili napręża mięśnie, wzmacnia połączenia nerwowe, puste miejsca zalewa adrenaliną. Wydaje jakieś okrzyki, typu: O k…a!, a może nawet: O Boże! I wszystko kończy się dobrze – zwyczajnym, bezbarwnym zmierzchem. Sześć śmiertelnych ofiar na drodze – zachłystują się media. Gdzieś na Mazowszu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz