Moje stopy potrafią odlecieć. Najchętniej nad ranem, kiedy jeszcze śnię z jedną nogą na dywaniku, z guzikiem wrośniętym w policzek. Znikąd pojawia się zaklęcie, a po chwili jest jak u Chagalla - no może tylko bez tych wszystkich artystycznych uniesień. Potem się budzę i jest podobnie. Wystarczy wykonać ten ruch dłonią i wymówić proste zaklęcie, na przykład: dzień dobry, czy oferta last minute do Niebieskiego Raju jest aktualna? Wreszcie - jak jakiś bóg - dobrotliwie przyglądać się z góry, czy moim stopom wygodnie jest w landrynkowych klapkach, czy ich nie ranią wschodzące palmy, słone odpływy, przypływy, po których zawsze zostaje jakiś brud. Ostre kamyczki, muszelki, lusterka. Pewnie powinnam pozwolić swoim stopom na odlot. A jednak każdego ranka pakuję je w mocne, skórzane buty. Potem uparcie uderzam nimi o twardy i rzeczywisty beton tego miasta. W dole beton - nad nim ja. Z byle powodu rozpadamy się na kawałeczki, ostre kamyczki, muszelki, lusterka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz