Lato miało słomiane włosy związane pajęczyną. Szeleściło niesfornie jak
strachliwe zwierzątko albo stopy żniwiarza. Nie mogliśmy tu pozostać.
Wysysał nas upał, groził nam udar, paraliż, poparzenia trzeciego
stopnia. Zbieraliśmy więc siły i rzucaliśmy się na ślepo w asfalt, w
beton, w bruk. Przysypialiśmy w podróży, wtuleni w zużyty fotel,
kołysząc się, gniotąc, pocąc, albo marznąc przez cienki sen. Lato
zostawało hen za plecami, znikało za horyzontem ziemi, nieba
i Bóg jeden wie czego tam jeszcze. Czasami autobusy łapały gumy,
pociągi grzęzły w zaspach. To pozwalało nam się ocknąć, odgarnąć z oczu
oszronione włosy, w zaparowanej szybie przetrzeć okienko. Dostrzec
sunące za nami uparcie, zmierzwione i potargane kosmyki babiego lata. Bo
To nie zanika. Nie odpada, nie kruszy się, nie parcieje. To wciąż jest,
można położyć na tym rękę. Tak, właśnie tutaj, dokładnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz