Czasami
chciałoby się dotknąć czegoś innego, jakiejś obcej drobiny. To mógłby
być na przykład skamieniały belemnit czy nadtopiony fragment
meteorytu. Najlepiej, żeby trafić na to znienacka. Wziąć w dwa palce,
obrócić. Jednak przed żywym obcym odruchowo się wzdragam. Te czułki, te haczyki,
te włoski na odnóżach! Nic tak nie brzydzi jak dotyk obcego. Wieczorny chłód spowalnia mu ruchy, więc tylko kołysze się na boki.
Desperacko, jakby chciał mnie uśpić. Na zawsze. I byłby spokój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz