Kołysze
się na gałązce, kołysze ptaszek - straszek. Spogląda na mnie z
wyrzutem. Ma krwistoczerwone, lepkie plamy na dziobie, bo przed chwilą
się dorwał do ostatnich wiśni. Anektuje drzewko bez jednego ćwir. Ma
mocny argument: wiecznie głodne pisklę. Trudno oprzeć się czemuś, co
dopiero się lęgnie, nie ma jeszcze zapachu, a tęczówki jego oczu
zmieniają barwę z każdym drgnięciem powiek. We własnym oknie czuję się
jak intruz. Powoli, dyskretnie sięgam po aparat – to jedyny dostępny
sposób na zbliżenie. Wstrzymuję oddech, naciskam palcami, wsuwam
paznokieć, opuszek, palce, dłoń. Cały respekt, całą tę godność mam
gdzieś. A potem obraz znika. To przez ten drgający odrobinę nadgarstek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz