Wszędzie
pola. Szczere pola, rzucone jak karty na poplamione obrusy historii.
Rozdrapane przez brony, wymiecione przez hulaszcze wiatry, z surowym
graffiti, wyrytym na ich twarzach przez wyszczerbione pługi. Może to
odpowiednie miejsce, może najwyższy czas, żeby się wreszcie opowiedzieć.
Jednak brak ci słów, dość przenikliwych, wystarczająco łagodnych. I
wtedy natykasz się na wiersz. Druk jest drobny. W zaciszu pokoju płyną
proste słowa. Ktoś mówi tak, jak byś chciał, lecz nie umiesz. Mówi do
ciebie, w twoim imieniu, w jakimś nowym, niezużytym języku, którym i ty
mógłbyś się posłużyć. To przejmujące doświadczenie dla kogoś, kto
przywykł do samotności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz