Mokra
ziemia, po deszczu. Żadnych muszek, pyłków, pająków, nic nie wiruje,
niczego nie przesłania, nie zaciemnia. Jeszcze można przyjrzeć się tym
polom, przez które prowadzi ścieżka do siebie. Zawsze toczyło się tędy
jakieś życie: purpurowe wieczory, koła chłopskich furmanek, rozsypane
ziemniaki, nawóz, ziarno. W trzydziestym dziewiątym przetoczył się
front. A po wojnie przetoczyła się tędy biała kula ognia. Moi rodzice ją
widzieli. Mówili że to fosfor i że tak się przepala przelana krew. Pora
jest późna, ale jeszcze można się oddalić. W rozpiętej koszuli, w
zakurzonych gumiakach, wejść między żyto a owies, kukurydziane zagony.
Spod chmur wciąż bije taki blask, że trzeba zamknąć oczy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz