- Miałam kiedyś strych – powiedziała Szyrka.
- Ja też. Miałam kilka strychów, ale liczył się tylko jeden.
Potem długo milczałyśmy i gnieździłyśmy się w tej ciszy, przerywanej jedynie chrzęstem kruchych ciasteczek na wagę. Dźwięk nasilał się, stopniowo wzmacniał chrobotem glinianych dachówek i strzech. Wszystkie nasze strychy wydobywały się powoli z nicości, zbliżały się, wyciągały spróchniałe belki i krokwie, po czym ustawiały się jak na scenie, ciasno, jak najbliżej widowni. Wejście na takie strychy wymagało przygotowań: wysunięcia z sufitu skrzypiących schodów, podstawienia chwiejnych drabin. Strych, który się liczył, był najtrudniejszy do zdobycia. Drabina nie miała pierwszego szczebla, a jej szczyt nie sięgał włazu. Nie mam pojęcia, jak pokonywałam te przeszkody i jak na koniec osiągałam cel. Na strychu znajdowałam trzy rzeczy godne uwagi, nieobecne w jakimkolwiek innym, dostępnym punkcie świata. Po pierwsze: była to maska przeciwgazowa, uzbrojona w nieludzkie, szklane oczy oraz nos, rurkowaty i ruchliwy niczym trąba słonia. Pozwalała przeżyć, nie odbierając zdolności zabijania. Jutro ją przymierzę – odraczałam wykonanie wyroku. Obracałam w palcach śliską, brudną gumę, przeczuwając, że jutro nie nadejdzie. A jeżeli już się zdarzy, to na pewno w innej, nieprzewidywalnej formie. Że maski wyjdą ze strychów na ulice, przyjmą postać skrawków barwnych tkanin, będą wyglądać miękko i niewinnie, będą ciążyć i budzić sprzeciw, ale - podobnie jak ich prekursorzy – nie wszystkich uchronią przed śmiercią. Drugą rzeczą był granat ręczny, popsuty i rozkręcony, a jednak wciąż uzbrojony w złą aurę przeznaczenia. Zgodnie z zamysłem twórcy brałam go do ręki i ściskałam do bólu, zatrzymując oddech. Potem odkładałam na miejsce – strach i groza nie były zbyt zabawne. Trzecią rzeczą była bezbrzeżna, bezgraniczna szarość. Taka w kolorze kurzu, starych desek i słomy. Tą mogłam zajmować się najdłużej. Przypisywałam jej formy, cechy i znaczenia. Mówiłam do niej, zawsze w myślach i tam też szukałam odpowiedzi. Nie używałyśmy słów, ani innych dźwięków. W tamtej stabilnej, nieporuszonej szarości znajduję czasami sedno mojego bycia z Szyrką i źródło zgody na ciszę między nami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz