Tego się nie czuje. Nie zauważa się pędu planety, nawet tej najmniejszej, tej własnej, gdzie horyzont ledwie sięga ścian. Trudno rozpoznać wnętrze fabryki, jeżeli nie czuje się ucisku, międlenia, nie słyszy wycia rozpędzonych maszyn. Niezauważenie pracują ogromne mieszadła, wielkie sita dyskretnie dosypują do dzieży odpowiednio dobrane proporcje mąki, drożdży, soli i czekolady.
Przesuwam palcem po podłodze, w szparę między deskami wcieram glut słodkiego kremu zdjętego z kołnierzyka sukienki. Tort jest smaczny, ale się nie umywa do czekoladowego cukierka, jakie ciotka przywozi dla nas z Warszawy. Z torebką mieszanki wedlowskiej w garści, z Bajecznym między zębami, z głową na pasiastym chodniku obserwuję spektakl, jaki rozgrywa się wokół stołu - zazwyczaj okrągłego, ale okazyjnie rozkładanego w rozłożysty owal. Lampa naftowa wykrawa z ciemności kawałeczek świata, wystarczająco duży, żeby nie stracić z oczu tego, co w centrum i wystarczająco mały, żeby bez trudu znaleźć sobie miejsce poza horyzontem zdarzeń, w ciemności. Z mojej pozycji dostrzegam jasne sylwetki sześciu osób. Jest mama, tata, dwóch wujków i dwie ciotki. Płomyk nad nasączonym naftą knotem faluje przy każdym wypowiedzianym słowie, przy każdym toaście, świńskim kawale, sprośnej piosence, przy każdym wybuchu śmiechu.
Na stole stoi butelka wódki. Domyślam się, że to jedna z trzech, jakie od kilku dni zalegają półkę w spiżarni. Rozpoznaję ją po czerwonej kartce. Wódka z czerwoną kartką, kupiona w spółdzielni, jest paskudna. Żeby dało się ją wypić, należy do każdej butelki wlać kilka łyżek miodu, porządnie wymieszać i odstawić do przegryzienia na kilka dni.
Bimber za okupacji smakował lepiej i mniej bolała po nim głowa. Za przyłapanie chłopa na pędzeniu groziła kulka w łeb, a przecież w tamtych czasach to było jedyne lekarstwo. Jak się krowa wzdęła - wlewało jej się do pyska całą butelkę spirytusu. Krówsko się wzbraniało, ryczało, potem zaczynało bekać i na koniec zdrowiało. I po co miało zdychać w męczarniach? Toteż każdy miał w zapasie kilka butelek na czarną godzinę.
Jednak nie da się żyć tylko zwyczajnie. Zwyczajne życie dobrze znosi banał, jednak dni świąteczne odrastają jak łby baśniowych potworów. I za okupacji, od czasu do czasu zdarzała się taka dziwna, nadzwyczaj jasna, księżycowa noc, a srebrna poświata zalewała pola. I coś nachodziło na chłopaków we wsi, jakaś utajona młodość, szczeniacka odwaga. Napijali się jak muchy, wyciągali konie, bryczki, furmanki, jeździli po drogach, darli się, śpiewali, co ładniejszym pannom zajeżdżali pod chałupy. Otwierały się drzwi, ludzie wylegali na drogę, niektórzy w samych koszulach, w papuciach, stary Stasiak nawet bez portek. Ależ to była zabawa - jakby nie było całej tej wojny. Bo też w nocy żaden Niemiec nie wyściubił nosa z kwatery. Dni były niemieckie, ale noce polskie.
Niemcy nigdy we wsi bimbru nie znaleźli. Schmidt robił tyle hałasu, gdy zajeżdżał bryczką na podwórze, tak się guzdrał przy koniach zanim wszedł do domu, że dziadek zawsze zdążył wszystko uprzątnąć na cacy. Jednak raz się zdarzył taki przeklęty dzień, że Niemcy zajechali nie wiadomo kiedy, dorośli się porozłazili nie wiadomo gdzie, tylko dzieci siedziały same w domu. Szmidt zajrzał do kuchni, a na stole stała butelka bimbru. Żandarm zatrzymał się w progu, odwrócił się i przykazał Ślązakowi dokładnie sprawdzić sień. Bo ze Szmidtem jeździł zawsze taki Ślązak, farbowany folksdojcz, pieprzony denuncjator, co to chciał być bardziej sumienny od wszystkich szwabów razem wziętych. Każdy we wsi go nienawidził i bał się jak wściekłego psa. Partyzanci go w końcu rozjechali furmanką, a Niemcy udawali, że wierzą w wypadek. Nie było żadnych konsekwencji. Żandarmom chyba też ulżyło. A tamtego przeklętego dnia, kiedy Ślązak, a może i sam Śmierć szperał w sieni, Szmidt szybko wszedł do kuchni, chwycił butelkę i postawił na podłodze za nogą od szafki. Później, kiedy już było słychać Ruskich, a Niemcy próbowali uciekać, partyzanci pozwolili Schmidtowi wyjechać. Nie wiadomo, jak to się dla niego skończyło.
Lubię te wieczory, kiedy mam siedem lat, a tata i wujkowie piją wódkę i opowiadają sobie młodość. W uszach mam śmiech, a w żyłach cukier. Kłębuszki papierosowego dymu toczą się nad stołem, rozrastają się w mgławice, wcielają w siebie mniejsze konstelacje i w końcu rozpraszają się, nie dotknąwszy nawet sufitu.
- Czy mogę spać w Moskwiczu? - pytam wujka.
Potem się wlokę w stronę samochodu, ciągnąc po zroszonej trawie ciężką, dziecięcą pierzynę. Oglądam Księżyc, odnajduję Wielki Wóz. Powietrze dzwoni. Nie zdaję sobie sprawy, jak ciężko pracują wielkie mieszadła, niestrudzenie międlą mąkę, drożdże, popiół i czekoladę. A przez niewidzialne sita właśnie sypie się do tygla brokat z gwiazd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz