Kiedy Balijczyk umiera, na cały rok zakopują go w ziemi. Rok to niewiele czasu, ledwie wystarczy, żeby opróżnić wszystkie skarpety, naciągnąć na kredyt okoliczne banki, wyżebrać kasę od rodziny i znajomych, zamówić u rzemieślników ozdobne platformy, kazać wyrzeźbić straszliwe postaci duchów i wszelkich niewyobrażalnych mieszkańców zaświatów. W umówionym dniu należy zawiadomić całą wieś, sprowadzić rzeźników i kucharzy, na oczach gawiedzi zarżnąć kilka byków i kilka świniaków, rozpalić grille, ugotować gary najlepszego żarcia. Później wystarczy wyciągnąć umarlaka z grobu, wpakować go na platformę, między te rzeźby, złocone potwory, w całą tą krwawicę i rodzinne bogactwo. W końcu podpalić i puścić z dymem cały ten raban, całe to balijskie „zastaw się a postaw się”. Dusza się wciela w człowieka lub zwierzę, wiatr zmiata popiół do oceanu. Rodzina wraca na poletka ryżowe, wierzyciele redagują listy ponaglające.
Tak oto środa zmierza ku końcowi. Siedzę sobie przed
monitorem, niczym przed niszczarką do dokumentów, przebieram palcami po
klawiaturze i po kawałku wrzucam do matrixa dzisiejszy wykład w naszym
prowincjonalnym Domu Kultury. A z każdym wyjętym z pamięci i rozdrobnionym
slajdem matrix rozwarstwia się, wybrzusza, odsklepia. Do opisu kremacji sztuka
fotografii nadaje się bardziej niż słowa. W płonącym stosie jest jakieś
światło, które przebija te wszystkie bandaże, te kokony, te całuny i wydostaje
się na zewnątrz. Jak biała kość. Jak życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz