Śnieg spadł i nie znika. Razem z zimą przyszły pierwsze awarie prądu. Od trzech dni mamy tutaj wielogodzinne okresy ciemnoty, poprzedzielane krótkimi błyskami oświecenia. Brakuje nam światła, wody, ogrzewania, internetu, telewizji, możliwości ugotowania czegokolwiek ani nawet otwarcia garażu, bo wszystko jest na prąd. Telefon dogorywa, na szczęście czytnik mam naładowany, więc mam się czym zająć w łóżku pod kocem.
Skończyłam "Wymazywanie" Thomasa Bernharda. Spodziewałam się, że lektura mnie przygniecie, że nienawiść i pogarda, buchająca z każdej stronicy dzieła, moje podejrzenia dotyczące zaburzeń osobowości bohatera, podkreślana po wielokroć podłość i małość otoczenia, wpędzą mnie w jakieś doły psychiczne, odgrzebią nory z kompleksami, krzywdami, czy bóg wie z jakim jeszcze gnojem, ale - o dziwo - nic takiego się nie stało. Podniosłam się dzisiaj z łóżka lekka i uspokojona.
Może potrzebowałam tego bezwzględnego, nieustannego bębnienia, przez niemal pięćset stron, czym jest nacjonalizm, narodowy socjalizm i narodowy katolicyzm, aby rozluźnić choć trochę kokon szmat, którymi zostałam okutana już wiele lat temu. A może przyczyna jest inna, może pochodzi ze wnętrza, z ciała, z komórek, które po dziesięciu dniach zakleszczenia uwalniają się powoli z macek krakena, czy innego covida.
Bolało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz