FABRYKA
Tego się nie czuje. Nie zauważa się pędu planety, nawet tej własnej. Nawet tej najmniejszej, gdzie horyzont ledwie sięga ścian. Trudno rozpoznać wnętrze fabryki, jeżeli nie słyszy się wycia rozpędzonych maszyn. Niezauważenie pracują ogromne mieszadła, wielkie sita dyskretnie dosypują do dzieży odpowiednio dobrane proporcje mąki, drożdży, soli i czekolady. Nie czuje się ucisku, międlenia, uklepywania do form.
Mam siedem lat i jestem niewidzialna. Przesuwam palcem po podłodze, w szparę między deskami wcieram glut słodkiego kremu zdjętego z kołnierzyka sukienki. Tort, który piekłyśmy z Mamą od bladego ranka, jest smaczny, ale się nie umywa do czekoladek, jakie ciocia Hania przywozi dla nas z Warszawy. Z torebką mieszanki wedlowskiej w garści, z Bajecznym między zębami, z głową na pasiastym chodniku obserwuję spektakl, jaki rozgrywa się wokół stołu - zazwyczaj okrągłego, ale okazyjnie rozkładanego w rozłożysty owal.
Lampa naftowa wykrawa z ciemności kawałeczek świata, wystarczająco duży, żeby nie stracić z oczu tego, co w centrum i wystarczająco mały, żeby bez trudu znaleźć sobie miejsce poza horyzontem zdarzeń, w ciemności. Z mojej pozycji dostrzegam jasne sylwetki sześciu osób. Jest mama, tata, dwóch wujków i dwie ciotki. Płomyk nad nasączonym naftą knotem faluje przy każdym wypowiedzianym słowie, przy każdym toaście, świńskim kawale, sprośnej piosence, przy każdym wybuchu śmiechu.
Na stole stoi butelka wódki. Domyślam się, że to jedna z trzech, jakie od kilku dni zalegają półkę w spiżarni. Rozpoznaję ją po czerwonej kartce. Wódka z czerwoną kartką, kupiona w wiejskiej spółdzielni, jest paskudna. Żeby dało się ją wypić, należy do każdej butelki wlać kilka łyżek miodu, porządnie wymieszać i odstawić do przegryzienia na kilka dni.
Mam siedem lat, ale już wiem, że bimber za okupacji smakował lepiej i mniej bolała po nim głowa. Za przyłapanie chłopa na pędzeniu groziła kulka w łeb, a przecież w tamtych czasach to było jedyne lekarstwo. Jak się krowa wzdęła - wlewało jej się do pyska całą butelkę spirytusu. Krówsko się wzbraniało, ryczało, potem zaczynało bekać i na koniec zdrowiało. I po co miało zdychać w męczarniach? Toteż każdy miał w zapasie kilka butelek bimbru na czarną godzinę.
Kulka w łeb. Czuję mdłości, ale moje ciało nie zwraca tak łatwo pysznych czekoladek. Kulka w łeb - to w tamtych czasach była niemal codzienność. Jednak nie ma takich czasów, w których dało by się żyć tylko zwyczajnie. Zwyczajne życie dobrze znosi trud, jednak dni świąteczne odrastają jak łby smoków z bajek. Nawet za okupacji, od czasu do czasu, zdarzała się taka dziwna, nadzwyczaj jasna, księżycowa noc, kiedy srebrna poświata zalewała pola. A wtedy coś nachodziło na chłopaków we wsi, jakieś zapomniane święto, jakaś utajona młodość, szczeniacka odwaga. Napijali się bimbrem jak muchy, wyciągali konie, bryczki, furmanki, jeździli po drogach, darli się, śpiewali, co ładniejszym pannom zajeżdżali pod chałupy.
Szurały rygle, otwierały się drzwi. Rozbudzeni ludzie wylegali na drogę, niektórzy w samych koszulach, w papuciach, a stary Stasiak przeważnie nawet bez portek. Ależ to była zabawa - jakby nie było całej tej wojny. Bo też w nocy żaden Niemiec nie wyściubił nosa z kwatery. Dni były niemieckie, ale noce polskie.
Niemcy nigdy we wsi bimbru nie znaleźli. Schmidt wiedział jak szukać, żeby niczego nie znaleźć. Robił tyle hałasu, gdy zajeżdżał bryczką na podwórze, tak się guzdrał przy koniach, zanim wszedł do domu, że dziadek zawsze zdążył wszystko uprzątnąć na cacy.
Jednak się wydarzył taki przeklęty dzień: Najpierw zachorowała Mućka, potem Niemcy zajechali nie wiadomo kiedy, dorośli się porozłazili nie wiadomo gdzie, a dzieci siedziały same w domu. Szmidt zajrzał do kuchni, a na stole stała butelka bimbru. Żandarm zatrzymał się w progu, odwrócił się i przykazał Ślązakowi dokładnie sprawdzić sień.
Bo ze Szmidtem jeździł zawsze taki Ślązak, farbowany folksdojcz, pieprzony denuncjator, co to chciał być bardziej sumienny od wszystkich szwabów razem wziętych. Każdy we wsi go nienawidził i bał się jak wściekłego psa. Partyzanci go w końcu rozjechali furmanką, a Niemcy udawali, że wierzą w wypadek. Nie było żadnych konsekwencji. Żandarmom chyba też ulżyło. Dużo później, kiedy już było słychać Ruskich, a Niemcy próbowali uciekać, partyzanci pozwolili Schmidtowi wyjechać, a nawet go wyekwipowali na drogę. Nie wiadomo, jak to się dla niego skończyło.
Ale tamtego przeklętego dnia, kiedy rodzice leczyli Mućkę bimbrem, kiedy przeklęty Ślązak, a może i sam Śmierć szperał w sieni, Szmidt szybko wszedł do kuchni, chwycił butelkę z bimbrem i ukrył na podłodze za nogą od szafki.
Lubię te wieczory, kiedy mam siedem lat, a tata i wujkowie piją wódkę i opowiadają sobie młodość. W uszach mam śmiech, a w żyłach cukier. Kłębuszki papierosowego dymu toczą się nad stołem, rozrastają się w mgławice, wcielają w siebie mniejsze konstelacje i w końcu rozpraszają się, nie dotknąwszy nawet sufitu.
- Czy mogę spać w Moskwiczu? - pytam wujka.
Potem się wlokę w stronę samochodu, ciągnąc po zroszonej trawie ciężką, dziecięcą pierzynę. Oglądam Księżyc, odnajduję Wielki Wóz. Powietrze dzwoni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz