Tak to już się jakoś poukładało, warstwami, jak blaty tortu albo swetry w szafie: chmury, dach, ja, materac, podłoga. Niżej ziemia, w niej ci, których kiedyś trzeba było zakopać. Rodzice, dziadkowie, jacyś ludzie, których, twarze zacierają się w pamięci. Pochowani z ceremoniałem, łzami, śpiewem, z wieńcami kwiatów i z modlitwami za dusze. Niżej wygłaskana Paskuda, jeszcze niżej Łajka, która umarła na łańcuchu - pochowane z główkami na sianie i pod kołderką z liści. Pod nimi Kicia i wszystkie zagryzione przez nią myszy, szturchane patykami, noszone na łopatkach, obmacywane z podnieceniem przez papierki po cukierkach.
Obudziłam się kiedyś z koralikiem w dłoni. Obracałam go z ciekawością w palcach, a kiedy otworzyłam oczy, koralik okazał się martwym chrabąszczem. Z krzykiem wyskoczyłam z łóżka. Nie było rzeczy straszniejszej i bardziej obrzydliwej niż coś, co kiedyś żyło, a teraz jest martwe.
