sobota, 18 kwietnia 2020

INNE BAJKI. POMARAŃCZOWY.

Budzę się i powietrze nadal cuchnie krematorium. Rzeczywistość odrasta jak perz po orce. Z wiecznie żywych kłączy, z nabrzmiałych nasion, z pyłu, prochu, ze wszystkich stron. Przez okna karetki dostrzegam pomarańczowe kombinezony ratowników medycznych. Trudno uwierzyć że to dzieje się gdzieś tutaj, pod rozświetlonym niebem, pośród starych dobrych dróg i pól. Cała ta walka, poświęcenie, niemoc, orka, wszystkie te tragedie, wydają się równie nierealne jak głód w Etiopii czy czołgi w Afganistanie. Sama robię niewiele. Właściwie nie robię nic. Lustruję szafki i lodówkę: mąka i zakwas, jajka, kapusta, karton mleka, olej. Wystarczy by przeżyć. Chodzi o podtrzymanie prostych procesów fizjologicznych. To nie pora na takie rzeczy jak wolność, myślenie, piękno czy szczęście. Tym z determinacją zajmują się profesjonaliści. Zapewne wkrótce dostanę rok ważności konta, skuteczny lek na wzdęcia i wybranego prezydenta. I od tej pory wszystko będzie inne.

czwartek, 12 marca 2020

GAJÓWKA

Gajowy kochał las po chłopsku. Miał i brał. Bardzo mu było dobrze tu z tyłu, gdzie prawie nie czuć obecności świata, nie słychać tych wszystkich pustych gadek i innych ludzkich pierdół. Tylko rytmiczne szuranie piły, trzask odrąbywanej siekierą gałęzi, jęk ziemi przyjmującej upadający pień. W przypadku Poli zakochiwanie zaczęło się powoli, od poczerniałych ścian gajówki, od smużki bukowego dymu w płucach, od rozsypanego po kuchni popiołu z brzozowych szczap. Pewnego dnia między łóżko a piec dyskretnie wsunęła się komoda. Nagle na ścianie pojawiła się sosnowa boazeria. I posypało się to dalej jak lawina: drewno, drewno, stół, podłoga, parkan, palisada, fort, wstęp wzbroniony. Polę zaskoczyła dębowa trumna w pokoju. To był ostatni kawałek świeżej deski, jaki się pojawił niespodzianie, jakby znikąd. Drewno odpuściło: boazeria poczerniała, stół się wykoślawił, parkan porósł glonami. Jednak las zna każdą szparę w jej domu. Potrafi przeciskać się przez dziurki od klucza. Przerasta przewody, rury kanalizacyjne. W dębowe drzwi wchodzi jak w dym. A kiedy Pola śpi, wsypuje przez komin zakazane owoce. Kiedyś ich pestki wykiełkują. Jak wszędzie tam, gdzie toczy się życie i płynie czas.


czwartek, 9 stycznia 2020

SCHRON

Niektóre schrony zużywają się
szybciej, wypadają im cegły,
kruszy się tynk. Spróchniały siennik
przewraca się z boku na bok,
jakby cierpiał na bezsenność.
Jakby się bał, że jak zaśnie to
umrze, a jak nie zaśnie, to też
nie będzie żył. To już
zresztą nie ma żadnego znaczenia.
Wszystkie robaki tego świata, wszystkie
boże żuczki, banici i dezerterzy,
potrzebujący schronienia
przed okiem ludzkim i boskim,
już tutaj byli: pili, spali, sikali pod mur.
W powietrzu nadal krążą
stęchłe drobiny ich ciał,
echa ordynarnych słów. Kto wie -
może niekiedy świętych,
jak na przykład: chleb,
honor, godność czy śmierć. Bóg
patrzy na to przez zaciągnięte niebo,
przez cały ten pył, marny puch,
jak przez mgłę. Pewnie czasami przestaje
dostrzegać cokolwiek. Z dołu też
częstokroć nie widać go wcale.

wtorek, 10 grudnia 2019

Z DYMEM


Pola były kiedyś jak kapliczki: pudełka zawieszone pośród drzew na miedzach, ze świętym obrazkiem w środku. Sceny przedstawiały gospodarskie zwierzęta jak również ludzi, zazwyczaj pochylonych, często na kolanach, siejących i zbierających swój święty chleb. Pod koniec lata obrazki zmieniały charakter. To przez ten pogański rytuał oczyszczania: grzbiety pól wyczesywano sprężyną i broną, ogień zmieniał w proch martwe kłaki i robactwo. Dym szedł do nieba. Pachniał pieczonymi ziemniakami, kusił, wabił, ale nigdy nie uległam. Nigdy nie dostałam zaproszenia. Nie usłyszałam pozwolenia. To nie były moje pola, nie mój dym.
*
Uwierz mi, nie mogę, nie zniosłabym wstydu. Przecież musi gdzieś tu być jakiś prawowity właściciel, jego wysoki głos, zły pies, prawomocny wpis do księgi. To nie moje pole, nie mój dym. Bezpieczniej jest maszerować wytyczonym szlakiem, odwracać głowę, kręcić zadartym nosem, coś tam mamrotać o smogu i barbarzyńcach.
*
Ruina łapczywie zaciąga się dymem. Chyba już nie należy do żadnego ze światów. Jeszcze dzień, jeszcze dwa, a otrzepie się z prochu po samej sobie i odejdzie stąd, nawet nie draśnięta. Już tam czekają te wszystkie wygłaskane psy i koty, ludzie pousadzani pod ścianą – jak do fotografii. Proste życie. Nic nie krzywdzi, wszystko pachnie. Jest światło, jest go dużo, otacza, usypia, zaprasza.
*
Igram z cudzym ogniem i mam na dłoniach twarde dowody: czarne plamy sadzy i dymu z ogniska. Próbuję je zetrzeć rękawem, grudką zmarzniętej ziemi, zmyć kropelką śliny. Potem zmieniam zdanie – niechby zostały na całe życie.


piątek, 11 października 2019

MOTYLE W BRZUCHU

Boża Krówka ma w brzuchu motyle. Pochylam się nad tym i widzę, że wdepnęłam w sam środek  wielkiego spektaklu. To jest piękne i straszne zarazem. Producent najwyraźniej nie liczył się z kosztami. Scenografia jak z bajki: stare drzewa, dywan z mchu, świeży aerozol  o zapachu sosen i ziół. Postaci też nie byle jakie:  błękitny Skarabeusz, rój Motyli i jeszcze ktoś naprawdę charyzmatyczny, kogo jednak najtrudniej rozpoznać. Śmierć? A może Miłość? Odwracam wzrok. Przecież wiem dobrze, że niczego tu nie ma. Na pewno widać to wyraźnie na satelitarnych zdjęciach NASA: pusta polana a na niej tylko jedna postać - przycupnięta pod krzaczkiem starsza pani. Jakaś Miłość, jakaś Śmierć - to nic.


czwartek, 26 września 2019

DOKŁADNIE TAK

Lato miało słomiane włosy związane pajęczyną. Szeleściło niesfornie jak strachliwe zwierzątko albo stopy żniwiarza. Nie mogliśmy tu pozostać. Wysysał nas upał, groził nam udar, paraliż, poparzenia trzeciego stopnia. Zbieraliśmy więc siły i rzucaliśmy się na ślepo w asfalt, w beton, w bruk. Przysypialiśmy w podróży, wtuleni w zużyty fotel, kołysząc się, gniotąc, pocąc, albo marznąc przez cienki sen. Lato zostawało hen za plecami, znikało za horyzontem ziemi, nieba i Bóg jeden wie czego tam jeszcze. Czasami autobusy łapały gumy, pociągi grzęzły w zaspach. To pozwalało nam się ocknąć, odgarnąć z oczu oszronione włosy, w zaparowanej szybie przetrzeć okienko. Dostrzec sunące za nami uparcie, zmierzwione i potargane kosmyki babiego lata. Bo To nie zanika. Nie odpada, nie kruszy się, nie parcieje. To wciąż jest, można położyć na tym rękę. Tak, właśnie tutaj, dokładnie.