Z ostatniej chwili:„ Niedziela
jest najważniejszym dniem w tygodniu. Ten dzień powinno się spędzać z rodziną.
To czas na modlitwę, a nie na spędzanie go w sklepie." Minister Marlena
Maląg
Stasiuk pisze, że jedyną wartą opisu rzeczą jest światło. Dzisiaj
zostawiam opisy światła Stasiukowi. Jest niedziela. Słyszę, jak jakieś pacholę
w kościele prosi Boga o ładną pogodę. Modlitwa z głośników umocowanych przed świątynią
rozprasza się w kurzu nad rozpaloną od słońca drogą.
Mogłabym – wzorem zgromadzonych w kościele wiernych – coś w
odpowiedzi burknąć, chrząknąć, kaszlnąć jak uchatka, wydukać pod nosem jakieś
„Amen”. Jednak już nie wierzę w te wszystkie prognozy pogody o nadciągających
burzach, deszczach, podtopieniach, oberwaniach chmur. Tutaj jest tylko topiący
się asfalt, wyschnięta trawa, zakurzone niebo i pożółkłe od upału słońce.
Naciskam mocniej na pedały i po chwili zajeżdżam przez otwartą
bramę pod wiejski sklep, na podjazd osłonięty ciężkim dachem, w cień kryjący solidny drewniany stół otoczony
ławami. Nikogo nie widać, drzwi zamknięte.
- Zaraz otworzą – informuje mnie chrapliwy głos. –Za kilka
minut ludzie wyjdą z kościoła i zwalą się tutaj hurmem na lody.
Mrużę oczy, przetrząsam cień pod wiatą, ale nie widzę
Anioła, który wlewa w moje przegrzane serce nadzieję na bodaj jedną kulkę lodu.
Materializuje się w pełnym słońcu: rozparty na ławce, z rozpostartymi
ramionami, rozebrany do pasa i czarny jak panel słoneczny, zasysający energię z
samego nieba.
- Dziękuję Ci, czarny Aniele – mówię w myślach ze śmiechem.
Chrząka. Zaczynam rozumieć, że mój Anioł w tej chwili potrzebuje
czegoś bardziej materialnego niż słowa. Chmura gorącego dymu unosi się nad nim
niczym aureola. Jakby mu było mało tego żaru, wyciąga z kieszeni zmiętą paczkę
po papierosach. Unosi ją do oczu, wkłada do środka poczerniałe od nikotyny
palce, gmera w pustce, po czym bierze mnie na celownik. Kłuje mnie nadspodziewanie
jasnym spojrzeniem, jakby chciał mnie prześwietlić i ocenić, czy opłaca mu się
całe to przedstawienie.
Kulę się w najgłębszym cieniu. Nie lubię teatru jednego
widza. Peszę się, kiedy żywy aktor, który oddycha, trawi, poci się, wydziela
jakiś zapach – staje na scenie specjalnie dla mnie.
- Niestety nie palę – uprzedzam pytanie o ogień.
Na szczęście w tej minucie nasze spotkanie traci niepokojącą
intymność. Na parking wjeżdża procesja samochodów. W otwartych znienacka drzwiach
sklepu znikają pierwsze niespokojne, władcze matki. Towarzyszą im ociężałe, opryskliwe
dzieci, wpatrzone w wyświetlacze telefonów komórkowych. Tatusiowie otwierają
okna samochodów i słupki szarego popiołu zasypują żwir.
Widzę, że mój Anioł zyskuje nowego podopiecznego. Trzaskają
drzwiczki starej beemki i jakiś Looki z jasnym lokiem nad czołem pospiesznie
opada obok niego na ławkę.
- Byłeś u Zygi? - pyta Looki.
- Byłem – przeciąga się leniwie Anioł.
- Ma dla mnie te proszki? – dopytuje się Looki.
- Sam go spytaj! – odbija piłeczkę Anioł.
- Chciałem go zagadać w kościele, ale baby nas za bardzo obstawiły.
To jak, ma dla mnie te proszki? Takie w czarnym pudełku. Ma czy nie? - Looki zerka
niespokojnie w falujące drzwi sklepu. Wyraźnie kończy mu się czas.
- A po co ci te proszki, co będziesz z nimi robił! – kpi Anioł.
- Połknę i pojadę do tych trzech z Gajówki – szepce konfidencjonalnie
Looki. – Znamy się dobrze, czasami dzwonią, żeby im przywieźć wina ze sklepu.
- One ci nie dadzą! - Anioł zanosi się śmiechem. - Wieruch
już u nich był w tej sprawie. Człowieku, to lesby, tęczówki, elgebiety! Robią
to ze sobą, to sprawdzone, mówię ci! Człoo-wieku! - powtarza z wyższością, po anielsku.
- Jak one mi nie dadzą, to dosiądę swoją Kryśkę! – oznajmia Looki.
- Oooo, Kryśka to już na sto procent ci nie da! - Anioł
dosłownie pokłada się ze śmiechu.
- Da! – mówi Looki – Jak zobaczy, że mi tak fest stanął, to mi da. Kryśkę dosiądę!
Otwierają się szklane drzwi i od tej chwili akcja posuwa się
błyskawicznie. Ze sklepu wychodzą dwie kobiety w różnym wieku – na oko jakby
matka z córką. Looki zrywa się z ławki, Anioł chwyta sprawnie rzuconą mu pełną paczkę
papierosów i przybiera niedbałą pozę, trzaskają drzwiczki, beemka odjeżdża, Anioł
wsiada na rower, parking pustoszeje.
Patrzę w uchylone drzwi sklepu, ozdobione plakatem z napisem
„Lody”. Chyba strzelę sobie kulkę.