sobota, 10 września 2022

NUTY Z HUTY

 Zbuntowała się Jałówka spod Rowa:
- Od dojenia będzie boleć mnie głowa!
Użyję pudru, szminki
I pójdę na Dożynki!
Tak została twarzą Grygrowa.

 

 

piątek, 9 września 2022

Z CYKLU: s = Vt. DRZWI Z SERDUSZKIEM

Sąsiadka, nazywana przez nas panią Zofią, a we wsi i w szkole Zosią Prokuratką, miała zegar: wielki, rzeźbiony, z wahadłem i kukułką. Też byśmy taki mieli - w spadku po pradziadkach - gdyby nie spadły na nas wszystkie tamte wojenne pożogi, po których do moich czasów dotrwała jedynie dziura w ziemi, kupka gruzu i my.

Długo nie znałam się na zegarze. Nie było sensu zajmować się czasem, który miał zwyczaj stać bezczynnie i kisić się w swoim codziennym banale. Bo co może z takim począć kilkuletnia dziewczynka? Delektować się zapachem świeżej słomy w sienniku, zwierzęcą wonią puchowej pierzyny, wyciem ognia w palenisku, wzorem sadzy na kloszu lampy naftowej? 

W erze powolnego czasu mijała wieczność, nim rodzice wrócili z pracy w szkole, a druga wieczność, nim ojciec z Kasztanem zaorali pole, trzecia wieczność, zanim Buba się nażarła na marnym pastwisku i chciała wracać do domu na dojenie, czwarta wieczność - nim mama skończyła pranie w balii, piąta wieczność, nim babcia wymodliła ulgę w bólu, szósta wieczność - nim proboszcz skończył niedzielne ogłoszenia parafialne, siódma wieczność... 

Kroił się chleb, gotowało mleko, węgiel i popiół brudziły podłogę. Kołchoźnik trzeszczał, płakał głosem Towarzysza Wiesława,  lub zawodził perliście jako Mieczysław Fogg. 

Trybuna Ludu kołysała się na gwoździu w drewnianej ubikacji z cuchnącą dziurą w ziemi i serduszkiem na drzwiach. Litery nagłówków składały się w ciągi. Niektóre ciągi nakładały się na słowa, które już znałam ze słyszenia, np.: Plenum Partii, albo Jurij Gagarin. Wkrótce odkryłam schowek na klucz do szkolnej biblioteki. To było łatwe - pani Zofia średnio dbała o bezpieczeństwo powierzonych jej zbiorów. 

Jednej z książek nikt jeszcze nie otworzył, nie opieczętował, nie obłożył w szary papier. Pan Samochodzik uchylił drzwi do swojego wehikułu i - zanim się obejrzałam - odjechałam z zawrotną prędkością w nieznany drugi świat.


 

środa, 24 sierpnia 2022

ANIOŁ I VIAGRA

Z ostatniej chwili:„ Niedziela jest najważniejszym dniem w tygodniu. Ten dzień powinno się spędzać z rodziną. To czas na modlitwę, a nie na spędzanie go w sklepie." Minister Marlena Maląg

 

Stasiuk pisze, że jedyną wartą opisu rzeczą jest światło. Dzisiaj zostawiam opisy światła Stasiukowi. Jest niedziela. Słyszę, jak jakieś pacholę w kościele prosi Boga o ładną pogodę. Modlitwa z głośników umocowanych przed świątynią rozprasza się w kurzu nad rozpaloną od słońca drogą.

Mogłabym – wzorem zgromadzonych w kościele wiernych – coś w odpowiedzi burknąć, chrząknąć, kaszlnąć jak uchatka, wydukać pod nosem jakieś „Amen”. Jednak już nie wierzę w te wszystkie prognozy pogody o nadciągających burzach, deszczach, podtopieniach, oberwaniach chmur. Tutaj jest tylko topiący się asfalt, wyschnięta trawa, zakurzone niebo i pożółkłe od upału słońce.

Naciskam mocniej na pedały i po chwili zajeżdżam przez otwartą bramę pod wiejski sklep, na podjazd osłonięty ciężkim dachem, w cień  kryjący solidny drewniany stół otoczony ławami. Nikogo nie widać, drzwi zamknięte.

- Zaraz otworzą – informuje mnie chrapliwy głos. –Za kilka minut ludzie wyjdą z kościoła i zwalą się tutaj hurmem na lody.

Mrużę oczy, przetrząsam cień pod wiatą, ale nie widzę Anioła, który wlewa w moje przegrzane serce nadzieję na bodaj jedną kulkę lodu. Materializuje się w pełnym słońcu: rozparty na ławce, z rozpostartymi ramionami, rozebrany do pasa i czarny jak panel słoneczny, zasysający energię z samego nieba.

- Dziękuję Ci, czarny Aniele – mówię w myślach ze śmiechem.

Chrząka. Zaczynam rozumieć, że mój Anioł w tej chwili potrzebuje czegoś bardziej materialnego niż słowa. Chmura gorącego dymu unosi się nad nim niczym aureola. Jakby mu było mało tego żaru, wyciąga z kieszeni zmiętą paczkę po papierosach. Unosi ją do oczu, wkłada do środka poczerniałe od nikotyny palce, gmera w pustce, po czym bierze mnie na celownik. Kłuje mnie nadspodziewanie jasnym spojrzeniem, jakby chciał mnie prześwietlić i ocenić, czy opłaca mu się całe to przedstawienie.

Kulę się w najgłębszym cieniu. Nie lubię teatru jednego widza. Peszę się, kiedy żywy aktor, który oddycha, trawi, poci się, wydziela jakiś zapach – staje na scenie specjalnie dla mnie.

- Niestety nie palę – uprzedzam pytanie o ogień.

Na szczęście w tej minucie nasze spotkanie traci niepokojącą intymność. Na parking wjeżdża procesja samochodów. W otwartych znienacka drzwiach sklepu znikają pierwsze niespokojne, władcze matki. Towarzyszą im ociężałe, opryskliwe dzieci, wpatrzone w wyświetlacze telefonów komórkowych. Tatusiowie otwierają okna samochodów i słupki szarego popiołu zasypują żwir.

Widzę, że mój Anioł zyskuje nowego podopiecznego. Trzaskają drzwiczki starej beemki i jakiś Looki z jasnym lokiem nad czołem pospiesznie opada obok niego na ławkę.

- Byłeś u Zygi? - pyta Looki.

- Byłem – przeciąga się leniwie Anioł.

- Ma dla mnie te proszki? – dopytuje się Looki.

- Sam go spytaj! – odbija piłeczkę Anioł.

- Chciałem go zagadać w kościele, ale baby nas za bardzo obstawiły. To jak, ma dla mnie te proszki? Takie w czarnym pudełku. Ma czy nie? - Looki zerka niespokojnie w falujące drzwi sklepu. Wyraźnie kończy mu się czas.

- A po co ci te proszki, co będziesz z nimi robił! – kpi Anioł.

- Połknę i pojadę do tych trzech z Gajówki – szepce konfidencjonalnie Looki. – Znamy się dobrze, czasami dzwonią, żeby im przywieźć wina ze sklepu.

- One ci nie dadzą! - Anioł zanosi się śmiechem. - Wieruch już u nich był w tej sprawie. Człowieku, to lesby, tęczówki, elgebiety! Robią to ze sobą, to sprawdzone, mówię ci! Człoo-wieku! - powtarza z wyższością, po anielsku.

- Jak one mi nie dadzą, to dosiądę swoją Kryśkę! – oznajmia Looki.

- Oooo, Kryśka to już na sto procent ci nie da! - Anioł dosłownie pokłada się ze śmiechu.

- Da! – mówi Looki – Jak zobaczy, że mi tak fest stanął, to mi da. Kryśkę dosiądę!

Otwierają się szklane drzwi i od tej chwili akcja posuwa się błyskawicznie. Ze sklepu wychodzą dwie kobiety w różnym wieku – na oko jakby matka z córką. Looki zrywa się z ławki, Anioł chwyta sprawnie rzuconą mu pełną paczkę papierosów i przybiera niedbałą pozę, trzaskają drzwiczki, beemka odjeżdża, Anioł wsiada na rower, parking pustoszeje.

Patrzę w uchylone drzwi sklepu, ozdobione plakatem z napisem „Lody”. Chyba strzelę sobie kulkę.

 


 

niedziela, 3 lipca 2022

KANTATY DLA SAŁATY

 

Dwóch dżentelmenów oraz dwie damy
Toczyło dyskurs nad syndromami
Efektu chili...
- Głosujmy, mili:
Jemy to wszystko, czy wymiękamy?
 

 

czwartek, 30 czerwca 2022

ŚPIEWKI DO KONEWKI

 

Zakpiła Kalarepka - Miss Świata Sadzonek:
-Gieroju Kalarepku, a gdzie twój korzonek?
-Chyba napić się muszę...
Nie starczy, że mam duszę?
Na tematy przyziemne mam dziś wywalone!
 

 

wtorek, 28 czerwca 2022

ZŁO

 

Zło czai się pod ziemią. Wydało na świat młode pokolenia, odchowało, odkarmiło i wpuściło do nor. Urządza się po swojemu, zabija i niszczy, nie dbając o jasną stronę świata. Dziurawi kruchą skorupkę ziemi, usypuje kopce, wygryza fasolkę, koper wykopuje z korzeniami. Nie chcę tutaj zła. Próbuję wykurzyć je smrodem, wypłoszyć piszczałką, zastawiam pułapki, snuję mordercze plany. Zło nic sobie nie robi z moich szamańskich praktyk, z moich grzechotek, gwizdków, deptania, grabienia, dźgania kijem ziemi. Rośnie w siłę i wydaje się nieśmiertelne. A kiedy z rezygnacją podnoszę ręce i już jestem skłonna ulec złu, z posłania pod borówką podnosi się kot. Przeciąga się leniwie, daje nura między dalie i po minucie wraca z tłustym kretem w pysku. Z czarnego futerka sączy się krew.
- Dobry kot – mówię, głaszcząc i tuląc rozanielone zwierzę. Mój dobry, dobry kot!
 

 

piątek, 18 marca 2022

POKÓJ 707

Boguśka wsadziła głowę przez uchylone drzwi.
 
-Wciągaj spodnie i zjeżdżaj na dół - wydarła się. - Przyjechał Kofta, zaraz wystąpi w Proximie. Trzeba się pospieszyć, żeby usiąść bliżej sceny.
 
- Zaraz, chwila, o której to będzie? - zdenerwowałam się. Nie zdążyłam się jeszcze ogarnąć po powrocie z jakichś ćwiczeń, z chemii analitycznej albo fizyki. Musiałam koniecznie umyć nogi - diabli nadali te piaszczyste ścieżki i buty na koturnach. Kofta, Kofta... Gdzieś w pamięci pobrzmiewało mi to nazwisko, z tyłu głowy przesuwały się zamazane slajdy, przedstawiające twarze popularnych artystów. Wyglądali dość osobliwie, wszyscy nosili blond peruki, wykonane domowym sposobem z pakułów świeżo bielonego lnu. Może dlatego, że zaledwie kilka tygodni wcześniej, jeszcze w domu, na scenie naszej remizy strażackiej, miałam przyjemność obejrzeć spektakl zatytułowany: "Zagłoba swatem", wystawiony przez miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich.
 
- Ubieraj się! To będzie zaraz, dosłownie za chwilę! Hitlerówa już go widziała przed akademikiem. Podobno w kieszeń spodni wcisnął sobie jakiś wałek, który udaje nabrzmiałego penisa!
 
Trafiło mi się miejsce w pierwszym rzędzie. Fryzura się zgadzała. Sztuczny penis rozpychał welwetowe dzwony. Cholera! Pierwszy rząd, moje osiemnaście lat i sugestywny wałek w spodniach Jonasza Kofty. Więcej grzechów nie pamiętam. A nie, przepraszam! Zapamiętałam również gitarę, lekką woń alkoholu oraz postać Druha Borucha, którego przygody stały się motywem przewodnim prezentowanego spektaklu.
 
I jeszcze ta piosenka. Nuciłam ją w drodze do pokoju.