czwartek, 22 maja 2025
Z CYKLU: WSI SPOKOJNA WSI WESOŁA
sobota, 17 maja 2025
CICHO SZA
czwartek, 10 kwietnia 2025
PLECIEŃ
O piątej rano świat dopiero się tworzy. Wszystko co ciemne, bezlistne, poszarpane wiatrem, rozpadło się wraz z nocą. Teraz, kiedy na nowo palą się latarnie, widać dokładnie, jak świeży świat osypuje się z góry, z czegoś niedostrzegalnego, z jakiejś chmury, z jakiegoś nieba, Bóg wie skąd. Nabierają kształtu ośnieżone gałęzie, druciany płot, uchylona furtka, zarys drogi – jeszcze zbędnej, bez śladów łap ani stóp.
Kiedy wchodzę w las, gumowe podeszwy traperów ślizgają się po liściach. Ciało balansuje niezdarnie na taflach lodu. Nic nie szkodzi, nikogo tutaj nie ma. Mam jeszcze chwilę, zanim wzejdzie słońce, rozpuści śnieg i twardym węglem obrysuje drzewa, zanim rozpieją się koguty, zatarabanią budziki, a kartki z kalendarzy ogłoszą kolejny dzień kwietnia.
Mam jeszcze chwilę, żeby się zapaść w ten chłodny,
wyścielany dzieciństwem sen, w którym kawałki tępego żelastwa służą za łyżwy,
lód na łące za lodowisko, a letnia sukienka mamy za strój mistrzyni jazdy
figurowej na lodzie. Odnajduję mały, skorodowany kawałek dzieciństwa, przegniły
rupieć, cały ten sentymentalny bajzel. Nierzeczywistość, w której nie czuję się
nieporadnie i śmiesznie.
czwartek, 23 stycznia 2025
sobota, 7 grudnia 2024
poniedziałek, 2 grudnia 2024
Z CYKLU: FALOWANIE I SPADANIE. POGRZEB
sobota, 23 listopada 2024
PACIOREK
Zupełnie mnie ten listopad nie dołuje, wręcz przeciwnie. Nareszcie ktoś zajmuje się drogami, zamraża je, ubija i utwardza, uwalnia od letnich wykrotów i wądołów. Można wygrzebać z szuflady zaniedbany licznik kroków, wciągnąć trapery i wejść w znajomy rytm: równe ruchy ramion, rytmiczne uderzenia butów o podłoże.
Wacia wchodziła w trans, posługując się różańcem. Siadała w połowie łóżka. Z pierwszym paciorkiem pojawiało się mamrotanie, po nim rytmiczne kołysanie tułowia w przód i w tył. Kiedy w szparach powiek znikały tęczówki i pojawiały się przekrwione białka – opuszczałam Wacię, zostawiając ją sam na sam z jej Absolutem, który mógł mieć postać Przenajświętszej Panienki, niebieskich obłoków, albo rozpalonego kaflowego pieca – kto to wie.
Mój Absolut kolonizuje mi pamięć niczym jakiś nadzwyczaj żywotny porost. Wystarczy mu pękający opłatek lodu, błysk słońca raz na jakiś czas, kilka rytmicznych ruchów ramion, równych uderzeń butów o podłoże. Wspomnienia pęcznieją i wysypują się z przetrwalników, jak zarodki.
Najlepiej przechowują się rzeczy błahe, marginalne, z pozoru mało ważne. Niekiedy pojawia się myśl o tej intymnej fizjologii, do której w gruncie rzeczy sprowadza się miłość, a wtedy dłoń unosi się i zabawnie układa się na wysokości serca.
Palce wyczuwają jedynie płaski, rozchybotany guzik. Nie szkodzi. Nie muszę czegoś dotknąć, by wierzyć, że to mam.





