czwartek, 10 kwietnia 2025

PLECIEŃ

O piątej rano świat dopiero się tworzy. Wszystko  co ciemne, bezlistne, poszarpane wiatrem, rozpadło się wraz z nocą. Teraz, kiedy na nowo palą się latarnie, widać dokładnie, jak świeży świat osypuje się z góry, z czegoś niedostrzegalnego, z jakiejś chmury, z jakiegoś nieba, Bóg wie skąd. Nabierają kształtu ośnieżone gałęzie, druciany płot, uchylona furtka, zarys drogi – jeszcze zbędnej, bez śladów łap ani stóp.

Kiedy wchodzę w las, gumowe podeszwy traperów ślizgają się po liściach. Ciało balansuje niezdarnie na taflach lodu. Nic nie szkodzi, nikogo tutaj nie ma. Mam jeszcze chwilę, zanim wzejdzie słońce, rozpuści śnieg i twardym węglem obrysuje drzewa, zanim rozpieją się koguty, zatarabanią budziki, a kartki z kalendarzy ogłoszą kolejny dzień kwietnia.

Mam jeszcze chwilę, żeby się zapaść w ten chłodny, wyścielany dzieciństwem sen, w którym kawałki tępego żelastwa służą za łyżwy, lód na łące za lodowisko, a letnia sukienka mamy za strój mistrzyni jazdy figurowej na lodzie. Odnajduję mały, skorodowany kawałek dzieciństwa, przegniły rupieć, cały ten sentymentalny bajzel. Nierzeczywistość, w której nie czuję się nieporadnie i śmiesznie.


 

czwartek, 23 stycznia 2025

Z LASU WZIĘTE

Pewna Sosna z Żałosna kusiła Drwala z Dołów:
Weź mnie! Będę ci belką, progiem, nogą od stołu!
A Drwal na to: Cóż, kotku,
Jesteś pusta w środku.
Tak została nobliwą kołyską dla dzięciołów.
 

 

sobota, 7 grudnia 2024

Z CYKLU: DAWNO TEMU W HUCIE GRUSZCZYNO

 

Pokój nauczycielski.
Od lewej: Balbina, Tata, Mama, Wojciechowska, Końskówna, pani Jola.
 
 

 Nie chciałabym krytykować Taty, ale to Mama wygląda na dyrektora.
🙂

poniedziałek, 2 grudnia 2024

Z CYKLU: FALOWANIE I SPADANIE. POGRZEB


Pokornie siedziałam, stawałam i klękałam w kościele, słuchałam kazania i narastało we mnie przekonanie, że oto w tych zabytkowych, porastających pleśnią wnętrzach, na moich oczach (a raczej uszach), nad sosnową trumną odjaniepawla się niezłe świństwo.
 
Proboszcz, sam mający niejedno za uszami, głosił długie kazanie o wolnej woli otrzymanej od Boga i wzdychał głęboko nad wyborami, które prowadziły nieboszczyka przez jego krótkie, ale grzeszne i bezbożne życie. 
 
Kolana w kościele bolą tylko trochę, o wiele mocniej boli niesprawiedliwość. Złożony w trumnie Parafianin był tylko tym, kim mógł być. Nie ukradł nawet śliwki spod drzewa, nie krzywdził, nie napastował. Wychowany biednie ale honorowo przez chorą psychicznie matkę, wykarmiony chlebem i grzybami, obarczony upośledzeniem umysłowym, alkoholizmem oraz schizofrenią z urojeniami i halucynacjami, nie umiał o siebie zadbać. Mieszkał samotnie i łapał prace dorywcze, przeważnie najcięższe i najbardziej smrodliwe. Płacono mu marną gotówką, piwem i papierosami. Do kościoła nie zaglądał, a i ksiądz po kolędzie nie odwiedził go ani razu, no bo:"ty masz pojęcie, jak tam u niego w domu jest?!" Ktoś tu coś mówi o wolnej woli? Naprawdę?
 
Przypomniał mi się tamten fatalny pogrzeb, gdy natknęłam się na poniższą rozmowę z naukowcem, neurobiologiem. Pomyślałam sobie, że z bogatej palety popełnianych przeze mnie błędów, jednym z najprzyjemniejszych jest błąd konfirmacji. Fajnie jest sięgać po argumenty, które potwierdzają przyjęty pogląd, które świadczą za tym, co się wydaje. Państwu również polecam, jakkolwiek - na dłuższą metę - nie polecam. Tylko aktywnie sięgając po argumenty strony przeciwnej, szukając zaprzeczeń teorii, którą się uznaje i w którą się wierzy, można uniknąć błędnych przekonań. 
 
Zarówno zwolennikom jak i przeciwnikom istnienia wolnej woli - nagranie polecam.
 

sobota, 23 listopada 2024

PACIOREK

 Zupełnie mnie ten listopad nie dołuje, wręcz przeciwnie. Nareszcie ktoś zajmuje się drogami, zamraża je, ubija i utwardza, uwalnia od letnich wykrotów i wądołów. Można wygrzebać z szuflady zaniedbany licznik kroków, wciągnąć trapery i wejść w znajomy rytm: równe ruchy ramion, rytmiczne uderzenia butów o podłoże.

Wacia wchodziła w trans, posługując się różańcem. Siadała w połowie łóżka. Z pierwszym paciorkiem pojawiało się mamrotanie, po nim rytmiczne kołysanie tułowia w przód i w tył. Kiedy w szparach powiek znikały tęczówki i pojawiały się przekrwione białka – opuszczałam Wacię, zostawiając ją sam na sam z jej Absolutem, który mógł mieć postać Przenajświętszej Panienki, niebieskich obłoków, albo rozpalonego kaflowego pieca – kto to wie.

Mój Absolut kolonizuje mi pamięć niczym jakiś nadzwyczaj żywotny porost. Wystarczy mu pękający opłatek lodu, błysk słońca raz na jakiś czas, kilka rytmicznych ruchów ramion, równych uderzeń butów o podłoże. Wspomnienia pęcznieją i wysypują się z przetrwalników, jak zarodki.

Najlepiej przechowują się rzeczy błahe, marginalne, z pozoru mało ważne. Niekiedy pojawia się myśl o tej intymnej fizjologii, do której w gruncie rzeczy sprowadza się miłość, a wtedy dłoń unosi się i zabawnie układa się na wysokości serca.

Palce wyczuwają jedynie płaski, rozchybotany guzik. Nie szkodzi. Nie muszę czegoś dotknąć, by wierzyć, że to mam.