Śpimy spokojnie. Tutejsze pola nie wybiegają hen daleko za horyzont, w jakieś egzotyczne kraje, ciepłe morza czy inne last minute. Nie włóczą się nocami po dyskotekach, nie uciekają do miasta z walizką słoików, nie prezentują swoich wdzięków przed jakimś tirem spod ciemnej gwiazdy. Tutejsze pola naciągają na nosy kolorowe kocyki i leżakują leniwie jak śródziemnomorscy autochtoni, mieniąc się w słońcu lub księżycu. Zajmują je miedze, wstążki, kamyki w kieszeniach, te okropne budziki-skowronki, przez które od świtu boli głowa. I tak sobie leżą całymi latami, wierząc naiwnie, że chroni je tabliczka z napisem security, zły pies czy konstytucja. Aż pewnego dnia, polną drogą, niepostrzeżenie zajeżdża prawdziwy świat, w którym się ślinią nienasycone zwierzęta. Prawdziwy świat nie próżnuje. Ma utytłane smarem pazury i naręcza niezwykle nowoczesnych instalacji do niezwykle wydajnej produkcji płodów, których nie da się udźwignąć. Nie śpimy dość czujnie, żeby to zauważyć. Pewnego ranka otwieramy oczy, robimy sobie słodką herbatę, stajemy w otwartym oknie i stwierdzamy z przerażeniem, że już nie ma tutejszych pól.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz