niedziela, 20 listopada 2022

SUCHA GAŁĄŹ

Wiem, że tak musi być. Wiem też, że to wszystko minie - brzuch przestanie boleć, kiedy tylko uda mi się wygrzebać spod pierzyny, zsunąć nogi na podłogę, wybiec do ogródka i wysikać się w bzach. Trzeba tylko wytrzymać minutę, może pięć, może nawet pół godziny, aż milicja skończy swoją pracę  i czarna Wołga zniknie z podwórza. Dorośli nareszcie wrócą do domu, napalą w kuchni, czajnik z wodą nasuną na fajerkę, przy herbacie i chlebie ze smalcem raz jeszcze opowiedzą sobie tę okropną Śmierć.

 Rysio nie żyje. Wybiegł z domu, kiedy wszyscy zajęci byli przy młockarni, pogonił konie i wkręcił się w kierat. Ciotka Teresa próbowała ratować syna i maszyna zmiażdżyła jej prawą rękę. Karetka już jest, zaraz zabierze ciotkę do szpitala. Nikt nie przypuszcza, że to jeszcze nie koniec, że na nic się zdadzą szpitale i chirurdzy, operacje, gipsy i przeszczepy. Odłamek śmierci uczepił się jej rany i już nie odpuści: Ręka nigdy się nie zrośnie, skurczy się tylko i ściemnieje, bezsilna i bezużyteczna, uciążliwa niczym sucha gałąź.

Znam Śmierć z okrutnych opowieści. Czuję się oszukana: przecież miała gdzieś zniknąć, przepaść razem z wojną, czarną ospą i krwawą dyzenterią.Teraz już wiem, że ona wciąż tu jest, że krąży blisko. Wyobrażam sobie, jak sunie nad podłogą, omiata stół, kredens, powoli płynie między krzesłami. Potrafię sobie wyobrazić, że spuszczam nogi z łóżka, a ona podąża za mną krok w krok, może nawet otwiera drzwi, po rodzicielsku chwyta mnie pod pachami i przenosi przez próg.

Jakieś ciało podobne trochę do Rysia, a trochę do dużej, zwichrowanej lalki, leży w wysprzątanej izbie, w białej trumience, ubrane w ciemny garnitur. Kłębek waty wypełnia oczodół. Ciotka Teresa jęczy cicho. Chce umrzeć, jednak Śmierć już poszła sobie, zatrzaskując jej drzwi przed nosem. Kobiety się modlą, śpiewają, słońce zagląda przez czystą szybę w oknie. Nie ma się czego bać. 

A jednak zamykam oczy.

 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz