Wiem, że tak musi być. Wiem też, że to wszystko minie - brzuch przestanie boleć, kiedy tylko uda mi się wygrzebać spod pierzyny, zsunąć nogi na podłogę, wybiec do ogródka i wysikać się w bzach. Trzeba tylko wytrzymać minutę, może pięć, może nawet pół godziny, aż milicja skończy swoją pracę i czarna Wołga zniknie z podwórza. Dorośli nareszcie wrócą do domu, napalą w kuchni, czajnik z wodą nasuną na fajerkę, przy herbacie i chlebie ze smalcem raz jeszcze opowiedzą sobie tę okropną Śmierć.
Rysio nie żyje. Wybiegł z domu, kiedy wszyscy zajęci byli przy młockarni, pogonił konie i wkręcił się w kierat. Ciotka Teresa próbowała ratować syna i maszyna zmiażdżyła jej prawą rękę. Karetka już jest, zaraz zabierze ciotkę do szpitala. Nikt nie przypuszcza, że to jeszcze nie koniec, że na nic się zdadzą szpitale i chirurdzy, operacje, gipsy i przeszczepy. Odłamek śmierci uczepił się jej rany i już nie odpuści: Ręka nigdy się nie zrośnie, skurczy się tylko i ściemnieje, bezsilna i bezużyteczna, uciążliwa niczym sucha gałąź.
Znam Śmierć z okrutnych opowieści. Czuję się oszukana: przecież miała gdzieś zniknąć, przepaść razem z wojną, czarną ospą i krwawą dyzenterią.Teraz już wiem, że ona wciąż tu jest, że krąży blisko. Wyobrażam sobie, jak sunie nad podłogą, omiata stół, kredens, powoli płynie między krzesłami. Potrafię sobie wyobrazić, że spuszczam nogi z łóżka, a ona podąża za mną krok w krok, może nawet otwiera drzwi, po rodzicielsku chwyta mnie pod pachami i przenosi przez próg.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz