Dom skapcaniał na starość niczym Nieboszczka Walusiowa. Skurczył się, zgarbił, sparciał. Przysypia byle kiedy i byle jak: z przekrzywioną strzechą, ze strużką śliny wyciekającą spod powały. Od czasu do czasu, przy lepszej pogodzie, chwyta w okiennice jakiś nieznany wiatr. Porusza firanką i wygląda przez wybitą szybkę. A kto to idzie i czego tu szuka na tym bezludziu, na zrębie?
Wstrzymuje oddech i czeka. Na Walusia, który po pijaku wybrał się na wyrąb i nie wrócił. Na Młodszego, który z dziurą po widłach zgnił w gnojowicy. Na Starszego, który za bratobójstwo gnije w kryminale. Na Walusiową, której dawno temu pękło serce.
Coś go wtedy chwyta za kark i wgniata w ziemię, jakaś grawitacja czy inny czort. Nic to, myśli sobie, przycupnę i odpocznę sobie. Posiedzę trochę i przejdzie. Przecież wszystko zawsze było tutaj tak jak trzeba: Walusiowie, ich dwaj Synowie, Sad, Gospodarstwo, Las i Ja.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz