sobota, 7 grudnia 2024

Z CYKLU: DAWNO TEMU W HUCIE GRUSZCZYNO

 

Pokój nauczycielski.
Od lewej: Balbina, Tata, Mama, Wojciechowska, Końskówna, pani Jola.
 
 

 Nie chciałabym krytykować Taty, ale to Mama wygląda na dyrektora.
🙂

poniedziałek, 2 grudnia 2024

Z CYKLU: FALOWANIE I SPADANIE. POGRZEB


Pokornie siedziałam, stawałam i klękałam w kościele, słuchałam kazania i narastało we mnie przekonanie, że oto w tych zabytkowych, porastających pleśnią wnętrzach, na moich oczach (a raczej uszach), nad sosnową trumną odjaniepawla się niezłe świństwo.
 
Proboszcz, sam mający niejedno za uszami, głosił długie kazanie o wolnej woli otrzymanej od Boga i wzdychał głęboko nad wyborami, które prowadziły nieboszczyka przez jego krótkie, ale grzeszne i bezbożne życie. 
 
Kolana w kościele bolą tylko trochę, o wiele mocniej boli niesprawiedliwość. Złożony w trumnie Parafianin był tylko tym, kim mógł być. Nie ukradł nawet śliwki spod drzewa, nie krzywdził, nie napastował. Wychowany biednie ale honorowo przez chorą psychicznie matkę, wykarmiony chlebem i grzybami, obarczony upośledzeniem umysłowym, alkoholizmem oraz schizofrenią z urojeniami i halucynacjami, nie umiał o siebie zadbać. Mieszkał samotnie i łapał prace dorywcze, przeważnie najcięższe i najbardziej smrodliwe. Płacono mu marną gotówką, piwem i papierosami. Do kościoła nie zaglądał, a i ksiądz po kolędzie nie odwiedził go ani razu, no bo:"ty masz pojęcie, jak tam u niego w domu jest?!" Ktoś tu coś mówi o wolnej woli? Naprawdę?
 
Przypomniał mi się tamten fatalny pogrzeb, gdy natknęłam się na poniższą rozmowę z naukowcem, neurobiologiem. Pomyślałam sobie, że z bogatej palety popełnianych przeze mnie błędów, jednym z najprzyjemniejszych jest błąd konfirmacji. Fajnie jest sięgać po argumenty, które potwierdzają przyjęty pogląd, które świadczą za tym, co się wydaje. Państwu również polecam, jakkolwiek - na dłuższą metę - nie polecam. Tylko aktywnie sięgając po argumenty strony przeciwnej, szukając zaprzeczeń teorii, którą się uznaje i w którą się wierzy, można uniknąć błędnych przekonań. 
 
Zarówno zwolennikom jak i przeciwnikom istnienia wolnej woli - nagranie polecam.
 

sobota, 23 listopada 2024

PACIOREK

 Zupełnie mnie ten listopad nie dołuje, wręcz przeciwnie. Nareszcie ktoś zajmuje się drogami, zamraża je, ubija i utwardza, uwalnia od letnich wykrotów i wądołów. Można wygrzebać z szuflady zaniedbany licznik kroków, wciągnąć trapery i wejść w znajomy rytm: równe ruchy ramion, rytmiczne uderzenia butów o podłoże.

Wacia wchodziła w trans, posługując się różańcem. Siadała w połowie łóżka. Z pierwszym paciorkiem pojawiało się mamrotanie, po nim rytmiczne kołysanie tułowia w przód i w tył. Kiedy w szparach powiek znikały tęczówki i pojawiały się przekrwione białka – opuszczałam Wacię, zostawiając ją sam na sam z jej Absolutem, który mógł mieć postać Przenajświętszej Panienki, niebieskich obłoków, albo rozpalonego kaflowego pieca – kto to wie.

Mój Absolut kolonizuje mi pamięć niczym jakiś nadzwyczaj żywotny porost. Wystarczy mu pękający opłatek lodu, błysk słońca raz na jakiś czas, kilka rytmicznych ruchów ramion, równych uderzeń butów o podłoże. Wspomnienia pęcznieją i wysypują się z przetrwalników, jak zarodki.

Najlepiej przechowują się rzeczy błahe, marginalne, z pozoru mało ważne. Niekiedy pojawia się myśl o tej intymnej fizjologii, do której w gruncie rzeczy sprowadza się miłość, a wtedy dłoń unosi się i zabawnie układa się na wysokości serca.

Palce wyczuwają jedynie płaski, rozchybotany guzik. Nie szkodzi. Nie muszę czegoś dotknąć, by wierzyć, że to mam.


 

czwartek, 17 października 2024

Z CYKLU: OTO SŁOWO.

 

2 Krl 2
Dwa cuda Elizeusza
 
23 Stamtąd poszedł do Betel5. Kiedy zaś postępował drogą, mali chłopcy wybiegli z miasta i naśmiewali się z niego wzgardliwie, mówiąc do niego: «Przyjdź no, łysku! Przyjdź no, łysku!» 24 On zaś odwrócił się, spojrzał na nich i przeklął ich w imię Pańskie. Wówczas wypadły z lasu dwa niedźwiedzie i rozszarpały spośród nich czterdzieści dwoje dzieci. 25 Stamtąd Elizeusz poszedł na górę Karmel, skąd udał się do Samarii.
 
 
 Cholerna wyobraźnia. Jak tak dalej pójdzie to zostanę wegetarianką.
 

 

środa, 9 października 2024

PORTAL


Słońce zachowuje się jak jakaś gwiazda: ustawia się w portalu, przez krótką chwilę pozuje do zdjęć, a potem spada na łeb na szyję, nie dbając o to, czy ktokolwiek zdąży pomyśleć życzenie. Zaświat długo czekał i chyba zaplanował fajerwerki, bo niebo się zapala i sypią się iskry. I zanim się skończy ten gasnący w oczach spektakl, zanim zamknie się przejście i nastanie ciemność - świat ma kilka sekund, by coś dostrzec, przyjąć, coś utrwalić.

Tego się nie da przewidzieć, zaplanować. Na nic wyprawy, na nic obietnice z katalogów biur podróży, pełne rozświetlonych pejzaży i chmur błękitnych, wyjałowionych z burz i ulewnych deszczy. To, co wstrzymuje oddech - przychodzi bez ostrzeżenia. Cała sztuka to znieruchomieć i przyjąć niedorzeczne szczęście.


 

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

KOŃSKIE ZALOTY

Zarżał Koń do Kobyły: Kochanie,
Plan jest taki: na dożynkach w Majdanie
Baba z woza - wraz z chłopem!
A my? Wiśta! Galopem
Pod olszynę! Wytarzamy się w sianie. 
 


środa, 31 lipca 2024

LATO Z ŁOTRZYCĄ

 

Nie jest mi łatwo stwierdzić kategorycznie, że „Łotrzyca” jest powieścią historyczną, chociaż sama autorka podaje datę: „a.d.1519”. Niekiedy, w trakcie lektury, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oto zanurzam się po uszy w tematach i problemach współczesnego świata. Że tamto powietrze uchodzi ze świstem i miesza się z tym, czym obecnie oddychamy. Że tamta glina, starta na proch przez bose stopy i końskie kopyta, wnika w ciało, rozpuszcza się w krwi, odkłada w mięśniach i szkielecie. Jak upierdliwa, wstydliwa choroba, na którą jeszcze długo będziemy żyć i żyć.
 
Na jakąś wersję średniowiecza wskazują elementy scenerii, niekiedy piękne i straszne, ale też paskudne i odrażające: proste wiejskie obejścia, pola, miedze, ścieżki, potężne lasy i wilgotna, młoda zieleń, jak również błotniste, rozjeżdżone trakty, przeludnione i zasypane zgniłymi odpadkami miasta, rzeki martwe od nieczystości, mury i strzeżone bramy, zatłoczone karczmy. Sroga, nieokiełznana scenografia budzi uzasadniony lęk, ale niekiedy daje szansę posmakowania prostego życia: w drewnianej chatce, przy huczącym ogniu, nad talerzem kapuśniaku i z antałkiem okowity. 
 
W takim przejętym przez ludzi i po ludzku zagospodarowanym świecie wciąż znaleźć można krucze czy wilcze gaje oraz inne punkty, w których skupia się moc. To tutaj, wraz z bohaterami opowieści, uzyskujemy dostęp do rzeczy i zjawisk przynależących do innego świata, takich jak żywa woda, telepatia, czy porozumienie z przedstawicielami innych gatunków. Takich miejsc trzymają się różnej maści leśne czarty, demony, wampiry, judy i samodivy. Prawdziwie niebezpieczne potwory preferują sąsiedztwo męskiego, brzuchatego majestatu, ich zamki, lochy i piwnice. Najbardziej bezwzględne, najokrutniejsze potwory, czynią z paskud swoje zwierzątka domowe i zasłonę dla wstydliwych, obrzydliwych praktyk. 
 
Pośród szerokiej gamy bohaterów, znajdziemy ludzi wtajemniczonych, posiadających szczególne, niezwykłe umiejętności, obdarzonych nieprzeciętnymi, wręcz nadprzyrodzonymi darami, odważnych i prawych, ale też zwykłe szuje, z ambicjami na władzę, pieniądze i prawo do rządzenia światem.
 
We wsiach panują stosunki plemienne, oparte na władzy grupki mężczyzn, trzymaniu bab po chałupach, przemocy w stosunku do dziewuch i czynnej wrogości wobec członków obcych klanów. Bijatyka wydaje się być główną rozrywką kmieci, a przemoc podstawą stosunków rodzinnych. Idą przez świat ze zgrubiałymi dłońmi i pustym brzuchem, wrzeszcząc po knajpach, jacy to są silni, choć wyglądają raczej na śmiertelnie przerażonych i absolutnie samotnych. Ich życie jest krótkie i niepewne, a jego odbieranie pozostaje bezkarne. Wszędzie tam, gdzie gnieżdżą się ludzie, można natknąć się na trupy.
 
Prawdziwi mężczyźni preferują miasta. Za takich uważani są majętni przedsiębiorcy-wyzyskiwacze, a także strażnicy moralności - kapłani. W uroczym Krkovie witają przyjezdnych okazałe pałace i na bogato pobudowane świątynie, z ich piwnicami dla alchemików, z jamami i labiryntami na bestie oraz z lochami na niewiernych. Wydaje się, że nikt się nie ośmieli podważyć zasady, że Bóg dał wysoko urodzonym prawo władania ludem, skoro na jej straży stoi sam Święty Ogień. Ulice śmierdzą rynsztokami, popiołem i palonym mięsem. Narzędziem władzy jest strach, jednak wszędzie spotkać można tłumy gapiów, którzy z rozdziawionymi gębami, w bogobojnym skupieniu, bez oznak refleksji i zrozumienia, spijają kłamstwa i głupotę z ust ich samozwańczych guru. Przekonanie elit o niezmienności ustalonego porządku świata nie jest bezpodstawne. Jeżeli nawet zdarzy się ruchawka, napędzana złością czy rozpaczą, jeżeli nawet pójdą z dymem jakieś majątki i pałace, kmiecie szybko tracą motywację i wracają na stare śmieci.
 
Łotrzyca Zoria wchodzi w świat powieści jak istota z innego wymiaru. Jej kruchość, zestawiona z innymi zasobami sprawia, że wydaje się nierzeczywista, wręcz nieprawdopodobna. Cechuje ją rozum, wrażliwość, znajomość praw przyrody, natury ludzkiej i struktury społecznej; posiada też udokumentowane umiejętności wojowniczki, nabyte w trakcie profesjonalnego szkolenia, oraz glejt na wolność. Z wymienionymi przymiotami kontrastuje trudna do wybaczenia skaza: vethenica jest kobietą.
 
Ceną za nadaną dziewczynie wolność jest ohydna praca, która zadaje bohaterce rany, sprawia ból, budzi w niej obrzydzenie i wstręt, oraz skazuje na samotność. W starciu z potworami dziewczyna ma na swoją obronę ochronny ubiór, białą broń, buteleczki z eliksirem, który daje jej ograniczony przypływ mocy, nawęzy i runy, oraz świadomość, że nie pozostawiono jej wyboru. W starciu z przedstawicielami Świętego Ognia może liczyć na spryt, determinację i oddanie przyjaciół, równie samotnych i poranionych.
 
Vethenica nosi w sobie wiele złych uczuć, takich jak złość i pogarda. Niekiedy pozwala sobie na namiętność i żar. Żywe i jasne miejsce na czułość i miłość ukrywa pod chłopięcym ubiorem, pod warstwami zbroi, pod sprężystą skórą i postronkami blizn.
 
Potężna, wielowątkowa i wielowymiarowa powieść ujawnia pogłębione kompetencje autorki z dziedziny psychologii, historii, językoznawstwa czy antropologii. Zdradza też inne przymioty, takie jak talent narracyjny, malarski, poczucie humoru czy ironia. Prezentuje twarde, ustalone poglądy w kwestiach takich jak sprawiedliwość społeczna, patriarchat, wolność kobiet, czy kondycja moralna kleru i klasy rządzącej. Nie pozostawia suchej nitki na pazerności, uzależnieniu od władzy, chorych, przemocowych praktykach seksualnych, skrajnym egoizmie, fanatyzmie i terroryzmie religijnym, czy głupocie.
 
Pomimo wagi poruszonych tematów, pomimo obcojęzycznych wtrętów i wszechobecnych neologizmów, książkę się czyta gładko, z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Zaskakują czytelnika nagłe zwroty akcji i nieoczekiwane rozwiązania. Zadania trudne okazują się proste, a prawdziwe problemy kryją się w miejscach niespodziewanych. Z grozą języka sąsiaduje humor i ironia, ze wzruszeniem czytelnika – rozbawienie i śmiech. Język powieści jest soczysty, przaśny, dosadny i nie jest wykluczone, że mógłby urazić niejednego wrażliwca. W dialogach nie ma grama finezji i elegancji, jakiej można by się spodziewać po przedstawicielach wyższych sfer. Przekleństwa i wulgaryzmy sypią się demokratycznie, z ust przedstawicieli wszystkich stanów. Powyższy zabieg ma swoje uzasadnienie: doskonale ilustruje emocje i motywy działania bohaterów, a tak skonstruowanym wypowiedziom nie sposób zarzucić fałszu czy sztuczności. 
 
W kwestii prawdy historycznej Ka Klakla podnosi ważną rzecz: historię piszę ludzie piśmienni. Wersja niepiśmiennych wraz z ich ciałami ginie i obraca się w proch. I trudno się oprzeć wrażeniu, że autorka, kierując się nieprzeciętną wyobraźnią, empatią i wiedzą, z uporem, z bólem i determinacją, po wiekach lekceważenia i pogardy, wykopuje tę pominiętą, niezapisaną część historii, uwzględniającą włóczęgów, plebs, chłopstwo czy kobiety. Tak nas otwiera na trudną prawdę o kondycji ludzkiej, o naszym dziedzictwie, naszym status quo. To zachwyca, pociąga, niekiedy oślepia. Bo w prawdzie opowieści jest jakieś światło, które przebija się przez te zwoje, pergaminy, zbroje, plecionki, pancerze, przez sukno i aksamit, i wydostaje się na zewnątrz. Można wyjść bez parasola i nasiąkać.
 
Ka Klakla, „Łotrzyca, Historya włóczebna, Tom II, Śmierć kryje się w twoim cieniu”. 
 
Potęga.

 

niedziela, 21 lipca 2024

ZDYCHAM

 

Znów na termometrze 33 stopnie, łeb mi pęka, porzygałam się jak kot, źle widzę, jakieś muchy mi latają przed oczami. Wstałam o czwartej, żeby coś tam podlać w ogródku, coś tam zebrać, zblanszować, zakisić, zamrozić, popakować w słoiki. Później Słońce dostało wściku macicy, a ja padłam w pielesze i od tej chwili nic, tylko leżę i kwiczę. Piję wodę, przed chwilą zjadłam zupę grzybową ze słoika i chyba nie nazbierałam przedwczoraj muchomorów, bo mi się zrobiło jakby trochę lepiej (na pewno nie gorzej).
 
Wyświetliła mi się wypowiedź profesora Bralczyka, który, analizując polszczyznę , pokazuje różnice językowe w opisie śmierci, jedzenia czy części ciała ludzi i zwierząt. Internet się oburzył – ja nie.
 
Kiedy byłam dzieckiem, zwierzęta z mojego otoczenia żarły, a nie jadły łyżkami z talerzy, miały pyski, a nie twarze, chodziły na łapach, nie na rękach i nogach, nie umierały w łóżkach z gromnicą w rękach, lecz były zabijane dla mięsa, albo zdychały na własnych warunkach. Niektóre psy i koty przed śmiercią uciekały z wygodnych łóżeczek, dawały nura w pola i tyle żeśmy je widzieli. Nie dały nam szansy na zakopanie ich w ogrodzie. Zakopanie, nie pochówek.
 
Słowo „zdychać” nie miało pejoratywnego zabarwienia. W moim odczuciu było równorzędne z umieraniem, nie mniej smutne i przerażające. Pamiętam swoją rozpacz i żałobę po Mućce, Kici, czy Paskudzie, ale one zdechły, nie umarły. 
 
Przyznaję, że negatywne zabarwienie słowa „zdychać” wykluło mi się jakiś czas temu i zaczęło żyć własnym życiem, chyba pod wpływem osób, których zwierzęta „umarły”. Niemniej nie czuję się gorsza i nie deprecjonuję moich podopiecznych poprzez to, że starowinka Princeska i staruszka Belinda za jakiś czas zdechną, nie umrą. Zakopiemy je, wbrew unijnym przykazaniom, na naszym tajnym cmentarzu dla zwierząt.
 
Paskuda została zakopana z łebkiem na sianku i pęczkiem stokrotek pod łapką. Na zdjęciu kamień (nie nagrobek) i wiatraczek (nie wieniec) dla Paskudy.
 

 

poniedziałek, 15 lipca 2024

niedziela, 30 czerwca 2024

LIFE IS BRUTAL

 

Hej! Ogóry! Rajskie ptaszki!
O kiszeniu wspomnieć muszę.
Od dziś ma wam iść w fistaszki
A nie tylko w pióropusze!
 

 

sobota, 29 czerwca 2024

CZAS KURZU

 

Wacia ma stary kufer. Czasami, zwłaszcza latem, gdy upał każe jej się trzymać z daleka od okien, lubi się nad tym kufrem jakoś tak niebezpiecznie nisko pochylić. Jego zawartość jest jak życie Waci: żadnych wielkich skarbów, Bóg wie jakich uniesień. Same drobne elementy: żółta dynia, niebieska koperta, tęczowy parasol, czerwona sukienka. I byłoby w jej kufrze radośnie i kolorowo, gdyby nie kleiły się do tych zbiorów wszechobecne cząsteczki brudu: drobne lęki, małe irytacje, krótkie żale, rozczarowania.

Łatwo je przepędzić, wystarczy byle podmuch, piórko, byle ścierka. Kiedy jednak Wacia na chwilę traci czujność, jeżeli im pozwoli na nieskrępowane harce – mnożą się, osypują i zbijają się na dnie kufra w pokłady istnych demonów. I zanim się obejrzysz - już się zagnieżdżają, w najciemniejszej czerni: apatia z agresją, depresja, rozgoryczenie. Można się w to bagno zapaść, zasklepić i nie wyściubić nosa aż do śmierci.
 
Tak więc Wacia dmucha i wymachuje ścierką, z każdym latem z coraz mniejszym zapałem. Przecież w końcu i tak nadejdzie czas kurzu, który ostatecznie przykryje wszystko. Zniknie pod nim Wacia ze swoim kufrem, jej skarby i demony. 
 
I my wszyscy. Nie jesteśmy aż tak ważni.
 

 

piątek, 28 czerwca 2024

NIKE


Moi faworyci (a właściwie faworytki) 😁

Poezja:
👍Genowefa Jakubowska-Fijałkowska, „Wiwisekcja”, wyd. Instytut Mikołowski
👍Urszula Kozioł, „Raptularz”, wyd. PIW

 

Proza:
👍Małgorzata Lebda, „Łakome”, Znak
👍Joanna Kuciel-Frydryszak, wyd. „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”, Marginesy
👍Barbara Klicka, „Reneta”, wyd. W.A.B.
👍Ishbel Szatrawska, „Toń”, wyd. Cyranka

Przypuszczam, że wygrają "Chłopki".


Pełna lista:

1. Marta Abramowicz, „Irlandia wstaje z kolan”, wyd. Krytyka Polityczna
2. Mikołaj Grynberg, „Jezus umarł w Polsce”, wyd. Agora
3. Genowefa Jakubowska-Fijałkowska, „Wiwisekcja”, wyd. Instytut Mikołowski
4. Natalia Judzińska, „Po lewej stronie sali”, wyd. Krytyka Polityczna
5. Aleksander Kaczorowski, „Babel. Człowiek bez losu”, wyd. Czarne
6. Marzanna B. Kielar, „Wilki”, wyd. Znak
7. Barbara Klicka, „Reneta”, wyd. W.A.B.
8. Urszula Kozioł, „Raptularz”, wyd. PIW
9. Joanna Kuciel-Frydryszak, wyd. „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”, Marginesy
10. Małgorzata Lebda, „Łakome”, Znak
11. Ewa Lipska, „Wariacje Geldbergowskie”, wyd. Wydawnictwo Literackie
12. Renata Lis, „Moja ukochana i ja”, wyd. Wydawnictwo Literackie
13. Cezary Łazarewicz, „Na Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa”, Czytelnik
14. Dorota Masłowska, „Mam tak samo jak ty”, wyd. Wydawnictwo Literackie
15. Anna Nasiłowska, „Mrożek. Biografia”, wyd. Wydawnictwo Literackie
16. Piotr Paziński, „Przebierańcy w nicości”, wyd. Nisza
17. Andrzej Sosnowski, „Elementaże”, wyd. Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza
18. Ishbel Szatrawska, „Toń”, wyd. Cyranka
19. Marek Węcowski, „Tu jest Grecja. Antyk na nasze czasy”, wyd. Iskry
20. Michał Witkowski, „Wiara. Autobiografia”, wyd. Znak
Gratulacje!

środa, 29 maja 2024

LIMERYK NIEWIELKI O STARCIE BURAKA DO BRUKSELKI

 

Poczerwieniał Burak: ciasny ten Zagonek,
Niechaj wioska zobaczy, jaki mam korzonek!
Jako Burak Wielki
Uderzę do Brukselki.
Potknął się i wpadł w chłodnik... litewski. Skończone.
 
 
P.S. Buraki z pierwszej przerywki 😋
 

 

wtorek, 28 maja 2024

Z CYKLU: DOWODY ZBRODNI

Brzydka Belinda. Żadnego całowania!



SIEKIERA GERLACHA

 

"Nie mogłem podczas tej uroczystości powstrzymać się od złośliwości i przypomnienia, że taką scenę to już widziałem. Na pamiętnym filmie "Kler" przed sześciu laty w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego (rocznik 1963). Tylko dlaczego w takich scenach wolę oglądać Janusza Gajosa (rocznik 1939), nawiasem mówiąc urodzonego w Dąbrowie Górniczej, niż żałosnych panów z naszego episkopatu?"
 
Ton autora wydaje się lekki i zabawny, ale za mgiełką humoru kryje się poważniejsze przesłanie. Całe to przedstawienie, to pic na wodę fotomontaż, a za całą tą "złotą a skromną" powłoką otwierają się wrota na wyzysk i cierpienia niewinnych ofiar.
A my - uczestnicy tych spektakli - poprzez obecność, uniżoność i ofiarność materialną, dajemy im glejt na wyzysk, manipulację, życie ponad stan, bezkarność czy rozrost ego.
 
 
Ludzie niezmiennie potrzebują rytuałów. Nawet Jezus - jeżeli istniał - chodził do świątyni, gdzie rytualnie zabijano, oprawiano, a niekiedy całopalono zwierzęta, bowiem JHWH pragnął krwi.
 
 https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=pfbid0uJEoa3y5WtaDdmVZATT2LR1r3wmKtgs2CFHzjnWhRecVdCLpP3e5GfWG4e91UHUCl&id=100076612399478



poniedziałek, 13 maja 2024

Z CYKLU: DOWODY ZBRODNI. TANIEC ŻYCIA

WIOTKA WAŻKA vs POKRACZNA ŻABA

 Wersja larwalna.

 

 
 

 
 
P.S. Wiosną przyniosłam do oczka słój kijanek, z nadzieją na żaby i rechoty za rok. Kijanki ładnie rosną, ale już się kończą.
Ważki są fajne, c'nie?

GOŁO I WESOŁO

Na łące za stodołą



sobota, 4 maja 2024

święto Matki Bożej Królowej Polski

 

Piotr Cywiński: "...musze powiedzieć - że tego święta nie uznaję. I nigdy nie uznam. Jest to jedynie objaw ohydnej polityki watykańskiej. W 1925 roku zostało zaaprobowane przez Piusa XI. Kiedy wyraźnie było widać, że Polska nie tylko, że przetrwała rozbiory, ale też dała sobie radę z nawałnicą bolszewicką z 1920 roku. I do tego ustanowione perfidnie w dniu święta Konstytucji 3 Maja. Tymczasem, w czasach przyjęcia Konstytucji 3 Maja, Kościół ją potępił, biskupi przeszli na stronę Targowicy, a papież słał listy do carycy Katarzyny, gratulując przejęcia kontroli nad Polską. Więc jasnym jest, że przyczyny ustanowienia tego święta w 1925 roku są nieszczere, dyplomatyczne i obłudne. Nie moje święto."


 

wtorek, 2 kwietnia 2024

sobota, 30 marca 2024

ZNALEZIONE W DYKTAFONIE. TRZY KOSZYKI I ŚWIĘCONKA

 

"-W sobotę to już były święta. Wszystko było pomyte, posprzątane, krowy z samego rana podojone, świnie obrządzone, ptactwu dane. Ojciec z rana zagniatał kluski, matka gotowała czarninę. Potem matka rozkładała stół w kuchni...
-W kuchni, nie w pokoju?
-W kuchni. Stół nakrywała białym obrusem, a na tym stole układała wszystko, co było przygotowane na święta: szynki, kiełbasy, ryby, galarety, kury nadziewane, kaczki, baby wielkie, o takie wyrośnięte, serniki, jaja, chleby, kiedyś był nawet prosiak z jabłkiem w pysku, ale zanim ksiądz przyjechał, to Stasiek wydłubał mu to jabłko i zjadł.
-Na pewno Stasiek?
-A kto by inny? Stasiek już taki był. A później to już żeśwa wyglądali na księdza.
-Ksiądz sam przyjeżdżał?
-Przyjeżdżali bryczką w trójkę: ksiądz, organista i kościelny.
-Zajeżdżali do wszystkich gospodarzy?
-A gdzie tam! Z naszej wsi, to zajeżdżali tylko do nas i do Stasiaków.
-A inni nie święcili pokarmów?
-Inni zapierdzielali z koszyczkami do Daniszewa. Ha ha ha.
-Czy ksiądz długo u was siedział?
-A gdzie tam! Pokropił, pomamrotał, nam kazał się przeżegnać, Zygmunta przepytał z "Ojcze nasz", wziął swój koszyk i pojechał.
-Koszyk?
-Tak! Bo matka szykowała trzy koszyki: największy dla księdza, średni dla organisty, a najmniejszy dla kościelnego. Było w tych koszykach to samo co na stole, tylko kawałki większe albo mniejsze.
-Pościliście do wieczora?
-A gdzie tam! Jak tylko ksiądz wyjechał, żeśmy szybko przenosili wszystko do ziemianki, żeby się nie zepsuło, żeśwa rozstawiali krzesła i na stół wjeżdżała czarnina!"
 
P.S. Cieszę się, że zdążyłam nagrać kilka rozmów z Tatą.
 

 

niedziela, 24 marca 2024

O TYM, CO WE WŁOSACH POTARGAŁ WIATR

 

-Ty łazęgo, ty powsinogo - obsypuje mnie inwektywami rozczochrana wierzba i dla pewności dorzuca kilka garści próchna spod konara. - Nie masz tu czego szukać, nietoperzy nie ma w domu, nietoperze śpią.
 
Głos ma trzeszczący, łamliwy, podlany wiejską swadą. Można by pomyśleć, że to sama nieboszczka Walusiowa wstała z grobu, wybrała sobie najlepszą dziuplę, pogoniła Rokitę, wymiotła szczypawki i realizuje swoją wizję świata na tej zapomnianej przez Boga i ludzi miedzy.
 
-Już ja wiem o tych twoich wymysłach, o tych wszystkich pomówieniach, o Rokitach, o okowitach. A sama to żeś się nie napiła? I nie gadaj mi tutaj, że to była Mazowszanka! Wino żeś ciągnęła prosto z gąsiora, a potem żeś kołysała biodrami i głosiła Poniedzielskiego! A ludzie palemki do kościoła nieśli, ksiądz święconą wodą po baziach kropił, to i bezbożników od złego wyświęcił. Ale ty byś się bała, że ci się ta święcona woda na kapeluszu zagotuje! 
 
Jak nic Walusiowa - myślę sobie. Jeszcze chwila i wejdzie w trans, i zacznie mi wypominać grzechy przodków do dziesiątego pokolenia.
 
- A twój tatuś też nie był lepszy! - czyta mi w myślach świętej pamięci wiejska sekutnica. - Niby po bożemu przyszedł tutaj narwać bazi, nawet jakąś pokraczną miotłę ustroił, ale nie poszedł na święcenie do kościoła, co to to nie! Postawił palemkę w oknie, herbatkę sobie zaparzył i jeszcze narzekał na księdza, że niby to proboszcz żałuje święconej wody, słabo macha kropidłem, więc czy tu, czy tam, tak samo nie doleci. 
 
Coś jej szura w środku, coś popiskuje cicho, na granicy słyszalności.
 
- Nietoperzy nie ma w domu, nietoperze śpią! - powtarza. - A ty możesz sobie obwiesić budkami wszystkie jabłonki, przyczepić sobie i sto budek, dopasowanych rozmiarem do wszystkich nocków świata; możesz je nakierować na jakieś Mekki czy nawet najświętsze Jerozolimy, a prędzej sama zostanę dzwonnicą niż dopuszczę, że ci się zalęgnie jakiś nietoperz!
 
Namalowałam sobie gacka na ścianie.
 
Od dziś będę uważać na potargane kudły.
 

 

piątek, 15 marca 2024

STWORZENIE

Chwilowo nie wybieram się ani do Watykanu, ani do Nieba, natomiast Ziemia, póki co, nie najgorzej mi służy.


 

piątek, 8 marca 2024

O CZYM NIE SZUMIĄ WIERZBY

"Kiedyś te piękne (...) gospodarstwa i pola w naszych wsiach, należały do naszych żydowskich sąsiadów. Nigdy ich od nich nie odkupiliśmy, nasi dawni sąsiedzi już do nich nigdy nie wrócą, bo wylecieli jak dym przez kominy w obozach zagłady. Te kamienice, te gospodarstwa i te pola są teraz nasze. Nigdy nie zapłaciliśmy za nie ani grosza, a są teraz nasze. Cud. Prawdziwy cud. Jesteśmy specjalistami od takich cudów. "
 
 
Mama miała żydowską przyjaciółkę - jako dwie jedynaczki bawiły się codziennie w "zabawy przez płot". 1 września 1939 roku dziewczynki zamierzały pójść razem do szkoły, do pierwszej klasy. Potem był wrzesień 1942 roku i jakoś tak się stało, że Jerka przeżyła likwidację getta w Stoczku i przez kilka dni ukrywała się w naszym lesie. Pewnego ranka niemcy zorganizowali nagankę (taką jak na zające): za pomocą kołatek wypłoszyli niepokornych Żydów z nor. Mama widziała, jak dziewczynka biegnie przez pole, jak wpada do ubikacji Prokurata i jak ucieka dalej, w stronę szosy i swojego domu. Jakiś niemiec chwycił ją za kark, odrzucił od siebie na trzy kroki i zastrzelił. Ciało Jerki leżało w rowie do wieczora. Po wojnie, w czasie akcji zadrzewiania poboczy, w miejscu gdzie umarła przyjaciółka, Mama osobiście posadziła jesion. Od początku drzewo zachowywało się nietypowo: jego gałęzie gięły się, układały, aż korona przybrała kształt żydowskiego świecznika. Ale to już inna historia.
 
Może dodam tylko, że urodziłam się i przez 7 lat mieszkałam w domu po Jerce. Z okna kuchni patrzę na łąkę po Jerce, którą w latach osiemdziesiątych Ojciec kupił od Gminy.
 
 

czwartek, 7 marca 2024

HURRAAA!!!

 

Będę mogła stanąć na pół dnia przy garach i ugotować mężowi golonkę!!!
 
 

 
Edycja: Ojej, jednak nie, to nie nasza diecezja...

niedziela, 18 lutego 2024

O GRZECZNEJ DZIEWCZYNCE I MISTRZACH BESZAMELU

Nie czytałam "Córek ojców" Maureen Murdock, która to książka skłoniła Ewcię do całkiem fajnych przemyśleń. Może ktoś ją ma pod postacią EPUB lub MOBI i mógłby mi pożyczyć (podesłać plik), bo konto w banku mi się zagotowało i lada chwila wykipi do dna. 

 https://www.facebook.com/ewa.jarocka.5/posts/pfbid037VY169C87Ft3cxJPXjgCtVexd8vwPR7rvzzJHwEginbJxTxZiwq3frufRS36kEzTl

Córka ojców? Pierwsza myśl brzmi: Jestem córką matek. Nie czułam w przeszłości splotu z męską linią, zaś pajęcze nici, które niekiedy się pojawiały, i których się można było uczepić, albo w nie zaplątać, okazywały się ulotne jak smużki dymu z papierosa, z ogniska, z patelni. 

I dzisiaj, siedząc wygodnie przed komputerem, w kącie swojej nowej, eklektycznej kuchni, w zapachu grochówki i piekącego się chleba, patrzę na siebie trochę z góry i trochę z przymrużeniem oka, i myślę z pewnym zażenowaniem, że przez całe lata poddawano mnie obróbce, jak gdybym była tradycyjną, domową potrawą. Daniem o wdzięcznej nazwie: "grzeczna dziewczynka", czasochłonnym i kłopotliwym, pichconym od niechcenia przez doświadczonych i pewnych swojego kunsztu kucharzy, dla których priorytetem okazywała się soczystość i rumiana skórka. 

Naczynie, w którym mnie wysmażano, wykonano ze szkła, mogłam więc obserwować owych mistrzów beszamelu.Widziałam ich jednak jak przez mgłę, może z powodu obojętności, a może z winy oparów klejących się do ścian. 

Szybkowar wymagał czujności. Od czasu do czasu ciśnienie w garnku rosło ponad miarę i wysadzało któryś z zaworów bezpieczeństwa. Syk, woń, strumień gorącej pary, tłuste plamy na suficie - to musiało budzić popłoch w kuchni uporządkowanej, bezpiecznej, urządzonej zgodnie z zaleceniami najbardziej doświadczonych architektów. 

Potrawa traciła soczystość i zarumienioną skórkę? Ojojoj, tak mi przykro, ojojoj! 😃

 


 


niedziela, 4 lutego 2024

Z CYKLU: CZAS BLUŹNIERSTW

Władza nad samym Bogiem? No bo wielki mi Bóg, co to chodził na bosaka i nawet nie miał porządnej plebanii...

 


 Słowa cytowane w ramce PRYMAS TYSIĄCLECIA kard. Stefan Wyszyński najpierw wypowiedział podczas święceń kapłańskich w Ołtarzewie 22.VI.1957 r., a później zamieścił w piśmie teologicznym „Ateneum Kapłańskie”, zeszyt 2 IX-X 1960, s. 165.

Dodajmy, że samo słowo „ateneum” w przenośni znaczy „instytucja kulturalna lub naukowa, najczęściej szkoła wyższa lub średnia”. Dwumiesięcznik „Ateneum Kapłańskie” został założony w 1909 roku i cały czas związany jest z Seminarium Duchownym we Włocławku.

wtorek, 30 stycznia 2024

O MORZACH I OCEANACH

Chłopak, którego imienia nie mogę sobie
przypomnieć,
pokazał mi łódkę z kory.
Po wielu latach, na Naszej Klasie
napisał mi, że to była
miłość.

Wydawała się lekka, zamszowa
w dotyku, doskonała. Tego dnia,
siedząc w szkolnej ławce zrozumiałam:
nie

wystarczyło powiedzieć: daj, proszę, albo
wybąkać jakieś bzdety. Milczałam.

W tamtych odległych czasach
słowa pączkowały gdzieś w okolicy
wyciętych migdałków, odpustowych balonów
i nie mogłam wycisnąć ich na odwrotną stronę,
chociaż zbierałam całą odwagę.

Wzięłam sprawy w swoje ręce. Tak

poznałam nieprzydatność próchna,
zajadły opór drewna,
tępotę kuchennego noża. W akcie
kapitulacji złożyłam pierwszą

łódkę z papieru. Wkrótce z zapałem
wodowałam kolejne arkusze Trybuny Ludu,
kolejnych towarzyszy, papieży,
normy i plany pięcioletnie.

Łódki krążyły w wolnym nurcie,
by po chwili osiąść na mieliźnie.
Tutaj, na tej rzeczce, pod mostkiem.
Z daleka od mórz i oceanów.


 

niedziela, 21 stycznia 2024

CZAS BLUŹNIERSTW

 

"Do wydawnictwa Prószyński kierowane są protesty w związku z książką "Chrześcijaństwo. Amoralna religia". "
"Maile uniemożliwiały prace wydawnictwa"
"Powstrzymaj to bluźnierstwo! Skandaliczna książka wyd. Prószyński Media" 
 
Przyznaję, że mam problem z pojęciem bluźnierstwa. Rzecz jasna znam definicję: «słowa uwłaczające temu, co jest przez religię uznane za święte», ale tego nie czuję. Mogę sobie wyobrazić, że są ludzie, którzy odczuwają bluźnierstwo bardzo dotkliwie - zapewne ci, którzy wierzą w Boga, Świętą Księgę, Święty Kościół Powszechny, jak i ci, którzy z wiary żyją.
 
Może nie wszyscy protestujący przeczytali książkę. Ja przeczytałam z umiarkowanym zainteresowaniem dla treści i przedmiotu rozważań, ale z ogromnym uznaniem dla wiedzy i krytycznego myślenia autorów.
 
Otworzyłam książkę na przypadkowej stronie 138. Zdjęcie prezentuje przykład tych bluźnierstw.

 

 

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,30616035,wielka-akcja-oburzonych-katolikow-sparalizowali-prace-wydawnictwa.html?fbclid=IwAR2F34Q_xUHdzbxzfFPoFYC2vnc97M87jdoMzabVmij92GbFIke26Mth5bw#s=BoxOpMT


piątek, 19 stycznia 2024

ZATRUTA STUDNIA


Byliśmy dziećmi słońca. Z pierwszymi promieniami dnia otwieraliśmy oczy, od razu wybudzeni, od razu gotowi, aby żyć. Potem żyliśmy, długo i niespokojnie, aż do zmroku. Noc odbierała nam wzrok, siły, odwagę, a nawet pewność, że świat ciemności naprawdę istnieje, że krążą nad nim te same samoloty, te same obłoki i cały ten wszechświat. W zamian dawała zjawy, mary, iluzje i sny.
 
Czarny Stasiek i Rudy Jerek mieli swoje sposoby na to, żeby człowieka porządnie wystraszyć: Stasiek wiedział jak snuć opowieść, żeby słuchacz nie znudził się, nie zabrał swojego scyzoryka i nie pobiegł za Mućką, która akurat wlazła w szkodę: modulował głos, marszczył czoło, wytrzeszczał oczy, pienił się i pluł, unosił wargi, ukazując nadpsuty ząb. Jerek natomiast umiał się bać; w okazywaniu strachu Jerek osiągał niedościgłe wyżyny: zwijał się, trząsł, zatykał uszy, wstrzymywał oddech, purpurowiał i siniał w rytm słów przyjaciela. 
 
Stasiek był jak wielka i przepastna studnia, do której nie powinno się zaglądać, żeby nie obudzić drzemiących w niej upiorów, ale i tak każdy tam zagląda, bo chce sprawdzić, czy nie dostrzeże jeszcze czegoś, oprócz dziurawego kalosza i wiadra. W mrocznych głębiach Staśka zalegały opowieści o najstraszliwszych wydarzeniach, o najokropniejszych zjawach i stworach, które pod osłoną nocy prześladowały naszą wieś. Bo może dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale w tamtych osobliwych czasach, w długich latach naszego dzieciństwa, najczarniejsze czernie przetaczały się przez nasze podwórza, kamieniste drogi i piaszczyste pobocza, przez nasze strychy, chlewy, stajnie i obory. Frankenstein? Co prawda wrzeszczeliśmy z zapałem w ciemnej klasie, przed ekranem nowego, szkolnego telewizora, ale film o wykopaniu i ożywieniu trupa, w porównaniu z opowieściami Staśka, wydawał się łagodną, dziecięcą usypianką.
 
-Dziś w nocy Prokurat latał aż na Maciejów - szeptał Stasiek. Oczy miał czerwone i tarł je brudnymi paluchami. Połowę nocy przesiedział przy oknie, bo bolący mleczak nie dawał mu spać. Wsadził sobie do dziury kawał proszka z krzyżykiem, później główkę goździka, takiego śmierdzącego, jaki matka wrzuca jesienią do słoja marynowanych śliwek. I już miał zamiar położyć się do łóżka, kiedy usłyszał, że ktoś skrada się drogą. Przodem szedł długi, czarny cień, za nim czarny kot z podniesionym ogonem, za kotem chudy mężczyzna w czarnym garniturze, z dwiema bańkami wody przytroczonymi do ramion. Piszczały mu te bańki, citały, ale żaden pies we wsi nawet nie warknął, nie zaszczekał. Reksy i Burki leżały cicho w swoich budach, na swoich łańcuchach, jakby je Prokurat zaczarował.
 
Bałam się bólu mleczaka. Natomiast Prokurata bałam się mniej. Wierzyłam w niego tak, jak się wierzy w zmory, w strzygi, we wszystkie te przeklęte zjawy, które pojawiają się tylko nocą, które spienionym koniom zaplatają grzywy, a ludziom siadają na piersiach z taką siłą, że nie da się ani zaczerpnąć powietrza, ani krzyknąć, ani nawet usiąść na łóżku. Nikt jeszcze nie widział takiej zmory, nie umiał powiedzieć, czy jest młoda czy stara, szkaradna, czy piękna jak wróżka. A jednak nie było we wsi nikogo, do kogo by chociaż raz w życiu nie przyszła ciemną nocą i nie usiadła na piersiach. A im bardziej człowiek się boi, tym ona mocniej gniecie, z tą większą zawziętością wyciska życie z ciała. A kiedy już się komuś wydaje, że już nigdy nie zdoła zaczerpnąć powietrza, kiedy dostrzega śmierć i powoli się na nią zgadza - zmora znika. Może taka zmora żywi się ludzkim strachem, a może i ona boi się śmierci.
 
Prokurat się bał. Szpiedzy i bandyci, hitlerowcy, komuniści, partyjniacy wszelkiej maści, nieustannie nastawali na jego życie. Byli wszędzie - odbijali się w szybach okien, w kałużach, w czeluściach studni. Znali każdą dziurkę w jego domu, każdą szczelinę, jak krety i nornice ryli swoje labirynty, tajne przejścia, sekretne korytarze, wciskali się przez szpary w drzwiach, przez komin, przez mysie nory. Rozrzucali truciznę, rozpylali gaz. Woda w studni Prokurata była zatruta i nie mógł z niej korzystać. Nocą krążył więc po wsi, obserwował okna, a kiedy już widział, że zgasły wszystkie lampy, zakradał się na obce podwórka i czerpał z cudzych cembrowin. Każdej nocy zmieniał studnię, nikogo nie pytał o zgodę, nigdy nie uprzedzał - to był jego sposób, żeby wyprowadzić prześladowców w pole. Czasami ktoś go przyłapywał na tym czerpaniu, na tym ciąganiu baniek po ciemnych, wiejskich drogach; potem wyśmiewał to jego szaleństwo, albo i nie wyśmiewał. 
 
Dzisiaj już się domyślam, że to on był tym indiańskim szamanem, którego widziałam z okna domu babci. Odwiedził nas owej księżycowej nocy, kiedy i mnie bolał mleczak i ja również nie mogłam spać. Skryta za szydełkową firanką, odrętwiała z przejęcia obserwowałam, jak wyciągał kulką wodę z naszej studni, a wieczorny wiatr rozwiewał mu pióropusz siwych włosów. Nasza Łajka spała spokojnie. Nie szczekała.
 
Przestraszyłam się Prokurata znacznie później, kiedy go zobaczyłam w świetle dnia. Na skraju wsi, w pewnej odległości od szosy, rosła kępa dziwacznych zarośli. Stasiek kręcił się tam wieczorami, a raz kiedyś, w środku dnia, wybiegł spośród tego kłębowiska z kiścią białych winogron. Nigdy jeszcze nie jadłam winogron, ale Jerek zapewniał, że są słodkie. Szłam za nim wąską, ledwie zaznaczoną ścieżką. Czułam lęk i wielkie wzburzenie, jakbym trafiła do bajki o Jasiu i Małgosi. Miejsce wydawało się niezwykłe. I nawet się specjalnie nie zdziwiłam, kiedy spośród kęp krzaków, plątaniny pnączy i potężnych wałów ziemi - wyłoniła się chatka, kryta strzechą. Obcy mężczyzna i nieznajoma kobieta przyglądali mi się z wrogością. Na czarnej pokrywie zatrutej studni wylegiwał się czarny kot. 


środa, 17 stycznia 2024

THE MIRACLE CLUB


"Organizują publiczne męskie różańce, które są nie tylko modlitwą, ale również manifestacją siły" - mówi dla Onetu Jarosław Makowski, teolog i filozof.
Ulice Ełku zapełniły się około 4 tys. członków męskiej wspólnoty Wojownicy Maryi. W weekend zorganizowano procesję różańcową. - Wprost.

Mam więcej pytań, ale niech pozostaną tylko takie:

1. Czy manifestację na 4 tysiące osób można nazwać procesją?
2. Czy manifestacja na 4 tys. osób, nazwana procesją, wymaga jakiegoś zezwolenia?
3. Czy organizacja, która wymaga od swoich członków przejścia przez formację, zdania egzaminu oraz przystąpienia do uroczystego aktu Pasowania Mieczy, nie jest aby bojówką?
4. Czy organizacja, która wpuszcza tylko mężczyzn, ma prawo domagać się od kobiet zaufania i innych pozytywnych reakcji?
 

 
 
Byłam dzisiaj w kinie na "Klubie cudownych kobiet". Spodziewałam się komedii, a zryczałam się jak bóbr. Film, którego akcja rozgrywa się w Irlandii w roku 1967 - to dramat o samobójstwie, żalu, kłamstwach, depresji, aborcji, przecinających więzi rodzinne kłótniach, których oczywistym i jedynym racjonalnym źródłem jest patriarchat oraz presja społeczna, rozkwitające na żyznym gruncie katolicyzmu.