Byliśmy dziećmi słońca. Z pierwszymi promieniami dnia otwieraliśmy oczy, od razu wybudzeni, od razu gotowi, aby żyć. Potem żyliśmy, długo i niespokojnie, aż do zmroku. Noc odbierała nam wzrok, siły, odwagę, a nawet pewność, że świat ciemności naprawdę istnieje, że krążą nad nim te same samoloty, te same obłoki i cały ten wszechświat. W zamian dawała zjawy, mary, iluzje i sny.
Czarny Stasiek i Rudy Jerek mieli swoje sposoby na to, żeby człowieka porządnie wystraszyć: Stasiek wiedział jak snuć opowieść, żeby słuchacz nie znudził się, nie zabrał swojego scyzoryka i nie pobiegł za Mućką, która akurat wlazła w szkodę: modulował głos, marszczył czoło, wytrzeszczał oczy, pienił się i pluł, unosił wargi, ukazując nadpsuty ząb. Jerek natomiast umiał się bać; w okazywaniu strachu Jerek osiągał niedościgłe wyżyny: zwijał się, trząsł, zatykał uszy, wstrzymywał oddech, purpurowiał i siniał w rytm słów przyjaciela.
Stasiek był jak wielka i przepastna studnia, do której nie powinno się zaglądać, żeby nie obudzić drzemiących w niej upiorów, ale i tak każdy tam zagląda, bo chce sprawdzić, czy nie dostrzeże jeszcze czegoś, oprócz dziurawego kalosza i wiadra. W mrocznych głębiach Staśka zalegały opowieści o najstraszliwszych wydarzeniach, o najokropniejszych zjawach i stworach, które pod osłoną nocy prześladowały naszą wieś. Bo może dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale w tamtych osobliwych czasach, w długich latach naszego dzieciństwa, najczarniejsze czernie przetaczały się przez nasze podwórza, kamieniste drogi i piaszczyste pobocza, przez nasze strychy, chlewy, stajnie i obory. Frankenstein? Co prawda wrzeszczeliśmy z zapałem w ciemnej klasie, przed ekranem nowego, szkolnego telewizora, ale film o wykopaniu i ożywieniu trupa, w porównaniu z opowieściami Staśka, wydawał się łagodną, dziecięcą usypianką.
-Dziś w nocy Prokurat latał aż na Maciejów - szeptał Stasiek. Oczy miał czerwone i tarł je brudnymi paluchami. Połowę nocy przesiedział przy oknie, bo bolący mleczak nie dawał mu spać. Wsadził sobie do dziury kawał proszka z krzyżykiem, później główkę goździka, takiego śmierdzącego, jaki matka wrzuca jesienią do słoja marynowanych śliwek. I już miał zamiar położyć się do łóżka, kiedy usłyszał, że ktoś skrada się drogą. Przodem szedł długi, czarny cień, za nim czarny kot z podniesionym ogonem, za kotem chudy mężczyzna w czarnym garniturze, z dwiema bańkami wody przytroczonymi do ramion. Piszczały mu te bańki, citały, ale żaden pies we wsi nawet nie warknął, nie zaszczekał. Reksy i Burki leżały cicho w swoich budach, na swoich łańcuchach, jakby je Prokurat zaczarował.
Bałam się bólu mleczaka. Natomiast Prokurata bałam się mniej. Wierzyłam w niego tak, jak się wierzy w zmory, w strzygi, we wszystkie te przeklęte zjawy, które pojawiają się tylko nocą, które spienionym koniom zaplatają grzywy, a ludziom siadają na piersiach z taką siłą, że nie da się ani zaczerpnąć powietrza, ani krzyknąć, ani nawet usiąść na łóżku. Nikt jeszcze nie widział takiej zmory, nie umiał powiedzieć, czy jest młoda czy stara, szkaradna, czy piękna jak wróżka. A jednak nie było we wsi nikogo, do kogo by chociaż raz w życiu nie przyszła ciemną nocą i nie usiadła na piersiach. A im bardziej człowiek się boi, tym ona mocniej gniecie, z tą większą zawziętością wyciska życie z ciała. A kiedy już się komuś wydaje, że już nigdy nie zdoła zaczerpnąć powietrza, kiedy dostrzega śmierć i powoli się na nią zgadza - zmora znika. Może taka zmora żywi się ludzkim strachem, a może i ona boi się śmierci.
Prokurat się bał. Szpiedzy i bandyci, hitlerowcy, komuniści, partyjniacy wszelkiej maści, nieustannie nastawali na jego życie. Byli wszędzie - odbijali się w szybach okien, w kałużach, w czeluściach studni. Znali każdą dziurkę w jego domu, każdą szczelinę, jak krety i nornice ryli swoje labirynty, tajne przejścia, sekretne korytarze, wciskali się przez szpary w drzwiach, przez komin, przez mysie nory. Rozrzucali truciznę, rozpylali gaz. Woda w studni Prokurata była zatruta i nie mógł z niej korzystać. Nocą krążył więc po wsi, obserwował okna, a kiedy już widział, że zgasły wszystkie lampy, zakradał się na obce podwórka i czerpał z cudzych cembrowin. Każdej nocy zmieniał studnię, nikogo nie pytał o zgodę, nigdy nie uprzedzał - to był jego sposób, żeby wyprowadzić prześladowców w pole. Czasami ktoś go przyłapywał na tym czerpaniu, na tym ciąganiu baniek po ciemnych, wiejskich drogach; potem wyśmiewał to jego szaleństwo, albo i nie wyśmiewał.
Dzisiaj już się domyślam, że to on był tym indiańskim szamanem, którego widziałam z okna domu babci. Odwiedził nas owej księżycowej nocy, kiedy i mnie bolał mleczak i ja również nie mogłam spać. Skryta za szydełkową firanką, odrętwiała z przejęcia obserwowałam, jak wyciągał kulką wodę z naszej studni, a wieczorny wiatr rozwiewał mu pióropusz siwych włosów. Nasza Łajka spała spokojnie. Nie szczekała.
Przestraszyłam się Prokurata znacznie później, kiedy go zobaczyłam w świetle dnia. Na skraju wsi, w pewnej odległości od szosy, rosła kępa dziwacznych zarośli. Stasiek kręcił się tam wieczorami, a raz kiedyś, w środku dnia, wybiegł spośród tego kłębowiska z kiścią białych winogron. Nigdy jeszcze nie jadłam winogron, ale Jerek zapewniał, że są słodkie. Szłam za nim wąską, ledwie zaznaczoną ścieżką. Czułam lęk i wielkie wzburzenie, jakbym trafiła do bajki o Jasiu i Małgosi. Miejsce wydawało się niezwykłe. I nawet się specjalnie nie zdziwiłam, kiedy spośród kęp krzaków, plątaniny pnączy i potężnych wałów ziemi - wyłoniła się chatka, kryta strzechą. Obcy mężczyzna i nieznajoma kobieta przyglądali mi się z wrogością. Na czarnej pokrywie zatrutej studni wylegiwał się czarny kot.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz