Niektóre schrony zużywają się
szybciej, wypadają im cegły,
kruszy się
tynk. Spróchniały siennik
przewraca się z boku na bok,
jakby cierpiał na
bezsenność.
Jakby się bał, że jak zaśnie to
umrze, a jak nie zaśnie, to
też
nie będzie żył. To już
zresztą nie ma żadnego znaczenia.
Wszystkie
robaki tego świata, wszystkie
boże żuczki, banici i dezerterzy,
potrzebujący schronienia
przed okiem ludzkim i boskim,
już tutaj byli:
pili, spali, sikali pod mur.
W powietrzu nadal krążą
stęchłe drobiny ich
ciał,
echa ordynarnych słów. Kto wie -
może niekiedy świętych,
jak na
przykład: chleb,
honor, godność czy śmierć. Bóg
patrzy na to przez
zaciągnięte niebo,
przez cały ten pył, marny puch,
jak przez mgłę.
Pewnie czasami przestaje
dostrzegać cokolwiek. Z dołu też
częstokroć nie
widać go wcale.
czwartek, 9 stycznia 2020
wtorek, 10 grudnia 2019
Z DYMEM
Pola były kiedyś jak kapliczki: pudełka zawieszone pośród drzew na miedzach, ze świętym obrazkiem w środku. Sceny przedstawiały gospodarskie zwierzęta jak również ludzi, zazwyczaj pochylonych, często na kolanach, siejących i zbierających swój święty chleb. Pod koniec lata obrazki zmieniały charakter. To przez ten pogański rytuał oczyszczania: grzbiety pól wyczesywano sprężyną i broną, ogień zmieniał w proch martwe kłaki i robactwo. Dym szedł do nieba. Pachniał pieczonymi ziemniakami, kusił, wabił, ale nigdy nie uległam. Nigdy nie dostałam zaproszenia. Nie usłyszałam pozwolenia. To nie były moje pola, nie mój dym.
*
Uwierz mi, nie mogę, nie zniosłabym wstydu. Przecież musi gdzieś tu być jakiś prawowity właściciel, jego wysoki głos, zły pies, prawomocny wpis do księgi. To nie moje pole, nie mój dym. Bezpieczniej jest maszerować wytyczonym szlakiem, odwracać głowę, kręcić zadartym nosem, coś tam mamrotać o smogu i barbarzyńcach.
*
Ruina łapczywie zaciąga się dymem. Chyba już nie należy do żadnego ze światów. Jeszcze dzień, jeszcze dwa, a otrzepie się z prochu po samej sobie i odejdzie stąd, nawet nie draśnięta. Już tam czekają te wszystkie wygłaskane psy i koty, ludzie pousadzani pod ścianą – jak do fotografii. Proste życie. Nic nie krzywdzi, wszystko pachnie. Jest światło, jest go dużo, otacza, usypia, zaprasza.
*
Igram z cudzym ogniem i mam na dłoniach twarde dowody: czarne plamy sadzy i dymu z ogniska. Próbuję je zetrzeć rękawem, grudką zmarzniętej ziemi, zmyć kropelką śliny. Potem zmieniam zdanie – niechby zostały na całe życie.
piątek, 11 października 2019
MOTYLE W BRZUCHU
Boża Krówka ma w brzuchu motyle. Pochylam się nad tym i widzę, że wdepnęłam w sam środek wielkiego spektaklu. To jest piękne i straszne zarazem. Producent najwyraźniej nie liczył się z kosztami. Scenografia jak z bajki: stare drzewa, dywan z mchu, świeży aerozol o zapachu sosen i ziół. Postaci też nie byle jakie: błękitny Skarabeusz, rój Motyli i jeszcze ktoś naprawdę charyzmatyczny, kogo jednak najtrudniej rozpoznać. Śmierć? A może Miłość? Odwracam wzrok. Przecież wiem dobrze, że niczego tu nie ma. Na pewno widać to wyraźnie na satelitarnych zdjęciach NASA: pusta polana a na niej tylko jedna postać - przycupnięta pod krzaczkiem starsza pani. Jakaś Miłość, jakaś Śmierć - to nic.
czwartek, 26 września 2019
DOKŁADNIE TAK
Lato miało słomiane włosy związane pajęczyną. Szeleściło niesfornie jak
strachliwe zwierzątko albo stopy żniwiarza. Nie mogliśmy tu pozostać.
Wysysał nas upał, groził nam udar, paraliż, poparzenia trzeciego
stopnia. Zbieraliśmy więc siły i rzucaliśmy się na ślepo w asfalt, w
beton, w bruk. Przysypialiśmy w podróży, wtuleni w zużyty fotel,
kołysząc się, gniotąc, pocąc, albo marznąc przez cienki sen. Lato
zostawało hen za plecami, znikało za horyzontem ziemi, nieba
i Bóg jeden wie czego tam jeszcze. Czasami autobusy łapały gumy,
pociągi grzęzły w zaspach. To pozwalało nam się ocknąć, odgarnąć z oczu
oszronione włosy, w zaparowanej szybie przetrzeć okienko. Dostrzec
sunące za nami uparcie, zmierzwione i potargane kosmyki babiego lata. Bo
To nie zanika. Nie odpada, nie kruszy się, nie parcieje. To wciąż jest,
można położyć na tym rękę. Tak, właśnie tutaj, dokładnie.
wtorek, 10 września 2019
INNA BAJKA
Światełka. Do migotania. Dzień dobry! - wprawia mnie w zdumienie Książę.
Nie jestem gotowa na spotkanie z Księciem. Nie chodzi mi nawet o
perspektywę oślizgłego pocałunku. Mam siano na głowie, a gumowy kalosz,
który grzęźnie w błocie, w niczym nie przypomina złotego pantofelka.
Dużo tu pijawek! - wybija mnie z introspekcji Książę. Głos ma do
złudzenia podobny do Księcia, skrzekliwy i podbarwiony przeciągłym
rechotem. Jednak wbrew woli zauważam, że to nie Książę tak
mnie zagaduje, lecz postać z całkiem innej bajki: prostaczek, samotnik,
największy niezguła, żyjący tu sobie długo i szczęśliwie, z dala od
smoków, pijawek i innych krwiopijców. Przyglądam się przez chwilę jak
rządzi sprawiedliwie swoją puszką piwa i paczką papierosów. Tymczasem
Książę znika na zawsze w świecie pijawek. Już go nie ma i nie będzie. Są
jeszcze światełka - do migotania. Ale to już inna bajka.
czwartek, 11 lipca 2019
BIEDRONECZKO LEĆ DO NIEBA
Zła biedronka. Niby nogi ma jak nogi, a skrzydła jak
skrzydła, ale liczba kropek dowodzi
niezbicie, że to intruz, najeźdźca, bezwzględny kolonialista, azjata od siedmiu
boleści. A przecież przed chwilą sama tu byłam, co najwyżej z kurzem w zakamarkach,
a tu nagle jakieś światów obcowanie, złego objawienie, żywot obcy, ament. Albo
my, albo one - chyba jakoś tak sformułował to w telewizji Najjaśniejszy. Albo
my, albo one - przypominam Bogu, który z ziemią pod łokciem siedzi na obłoczku. Chcę postąpić
właściwie. Najlepiej uderzyć kamieniem, kilka razy. Czubkiem buta wykopać dołek
na śmierć. Zasypać, zapomnieć. Najlepiej, żeby gleba była kamienista i sucha. Można
też użyć słów. Leć do nieba – powiedzieć i zaczekać aż zniknie na zawsze.
Jeszcze przez jakiś czas odnajdywać w pamięci jej otwarte ciało. Dziwny spokój,
że będzie co będzie. I nie bać się nawet, że tak będzie zawsze.
piątek, 21 czerwca 2019
OTUSZ
nadal siedzę w tym niemieckim obozie pracy i wypatruję armii czerwonej
Na zdjęciu: Ogród Botaniczny w Solingen.
Na zdjęciu: Ogród Botaniczny w Solingen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



