Czasami
chciałoby się dotknąć czegoś innego, jakiejś obcej drobiny. To mógłby
być na przykład skamieniały belemnit czy nadtopiony fragment
meteorytu. Najlepiej, żeby trafić na to znienacka. Wziąć w dwa palce,
obrócić. Jednak przed żywym obcym odruchowo się wzdragam. Te czułki, te haczyki,
te włoski na odnóżach! Nic tak nie brzydzi jak dotyk obcego. Wieczorny chłód spowalnia mu ruchy, więc tylko kołysze się na boki.
Desperacko, jakby chciał mnie uśpić. Na zawsze. I byłby spokój.
środa, 27 maja 2020
środa, 13 maja 2020
DESZCZ
I
po deszczu. Przemokniętym jabłoniom otwierają się pąki. Każda ma
nektar, zapach i nie istniejącą jeszcze pszczołę. Lśnią jak latarnie, jak
anteny, jak usta i oczy dziewczyn, wracających do domu po całym dniu
siedzenia na kasie. Wszystkie skierowane w nikłe smużki światła, w
rozbryzgi słońca na niebie, w mrugające tu i tam latarnie, w rozpalające się
ekrany komórek. Czekasz? Czekam. Czekaj, będę.
sobota, 9 maja 2020
sobota, 18 kwietnia 2020
INNE BAJKI. POMARAŃCZOWY.
Budzę
się i powietrze nadal cuchnie krematorium. Rzeczywistość odrasta jak
perz po orce. Z wiecznie żywych kłączy, z nabrzmiałych nasion, z pyłu,
prochu, ze wszystkich stron. Przez okna karetki dostrzegam pomarańczowe
kombinezony ratowników medycznych. Trudno uwierzyć że to dzieje się
gdzieś tutaj, pod rozświetlonym niebem, pośród starych dobrych dróg i
pól. Cała ta walka, poświęcenie, niemoc, orka, wszystkie te tragedie,
wydają się równie nierealne jak głód w Etiopii czy czołgi w
Afganistanie. Sama robię niewiele. Właściwie nie robię nic. Lustruję
szafki i lodówkę: mąka i zakwas, jajka, kapusta, karton mleka, olej.
Wystarczy by przeżyć. Chodzi o podtrzymanie prostych procesów
fizjologicznych. To nie pora na takie rzeczy jak wolność, myślenie,
piękno czy szczęście. Tym z determinacją zajmują się profesjonaliści.
Zapewne wkrótce dostanę rok ważności konta, skuteczny lek na wzdęcia i
wybranego prezydenta. I od tej pory wszystko będzie inne.
czwartek, 12 marca 2020
GAJÓWKA
Gajowy
kochał las po chłopsku. Miał i brał. Bardzo mu było dobrze tu z tyłu,
gdzie prawie nie czuć obecności świata, nie słychać tych wszystkich
pustych gadek i innych ludzkich pierdół. Tylko rytmiczne szuranie piły,
trzask odrąbywanej siekierą gałęzi, jęk ziemi przyjmującej upadający
pień. W przypadku Poli zakochiwanie zaczęło się powoli, od
poczerniałych ścian gajówki, od smużki bukowego dymu w płucach, od
rozsypanego po kuchni popiołu z brzozowych szczap. Pewnego dnia między
łóżko a piec dyskretnie wsunęła się komoda. Nagle na ścianie pojawiła
się sosnowa boazeria. I posypało się to dalej jak lawina: drewno,
drewno, stół, podłoga, parkan, palisada, fort, wstęp wzbroniony. Polę
zaskoczyła dębowa trumna w pokoju. To był ostatni kawałek świeżej deski,
jaki się pojawił niespodzianie, jakby znikąd. Drewno odpuściło:
boazeria poczerniała, stół się wykoślawił, parkan porósł glonami.
Jednak las zna każdą szparę w jej domu. Potrafi przeciskać się przez
dziurki od klucza. Przerasta przewody, rury kanalizacyjne. W dębowe
drzwi wchodzi jak w dym. A kiedy Pola śpi, wsypuje przez komin zakazane
owoce. Kiedyś ich pestki wykiełkują. Jak wszędzie tam, gdzie toczy się
życie i płynie czas.
niedziela, 8 marca 2020
czwartek, 9 stycznia 2020
SCHRON
Niektóre schrony zużywają się
szybciej, wypadają im cegły,
kruszy się tynk. Spróchniały siennik
przewraca się z boku na bok,
jakby cierpiał na bezsenność.
Jakby się bał, że jak zaśnie to
umrze, a jak nie zaśnie, to też
nie będzie żył. To już
zresztą nie ma żadnego znaczenia.
Wszystkie robaki tego świata, wszystkie
boże żuczki, banici i dezerterzy,
potrzebujący schronienia
przed okiem ludzkim i boskim,
już tutaj byli: pili, spali, sikali pod mur.
W powietrzu nadal krążą
stęchłe drobiny ich ciał,
echa ordynarnych słów. Kto wie -
może niekiedy świętych,
jak na przykład: chleb,
honor, godność czy śmierć. Bóg
patrzy na to przez zaciągnięte niebo,
przez cały ten pył, marny puch,
jak przez mgłę. Pewnie czasami przestaje
dostrzegać cokolwiek. Z dołu też
częstokroć nie widać go wcale.
szybciej, wypadają im cegły,
kruszy się tynk. Spróchniały siennik
przewraca się z boku na bok,
jakby cierpiał na bezsenność.
Jakby się bał, że jak zaśnie to
umrze, a jak nie zaśnie, to też
nie będzie żył. To już
zresztą nie ma żadnego znaczenia.
Wszystkie robaki tego świata, wszystkie
boże żuczki, banici i dezerterzy,
potrzebujący schronienia
przed okiem ludzkim i boskim,
już tutaj byli: pili, spali, sikali pod mur.
W powietrzu nadal krążą
stęchłe drobiny ich ciał,
echa ordynarnych słów. Kto wie -
może niekiedy świętych,
jak na przykład: chleb,
honor, godność czy śmierć. Bóg
patrzy na to przez zaciągnięte niebo,
przez cały ten pył, marny puch,
jak przez mgłę. Pewnie czasami przestaje
dostrzegać cokolwiek. Z dołu też
częstokroć nie widać go wcale.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


