pod stopami. Stop. Zadzieramy głowy.
Klucz żurawi znika na zawsze. Na obiad
zostały gołąbki - śmieję się i to ma być żart.
- Nie przyszłaś! – syknęła Mrówa i rozejrzała się na boki. Oczy miała - jak to ona - czerwone i zapuchnięte. Zatrzymała wzrok na dziupli w wierzbie i zastygła na dobrą chwilę z rozdziawioną gębą.
Owo zapatrzenie, bezruch, a zwłaszcza milczenie były dość nietypowe dla Mrówy. Ludzie szeptali, że po całych nocach pali się u niej światło, a Mrówa z mężem prawie nie sypiają. Gadają i gadają, i nigdy nie mogą się nagadać. A potem robota nie zrobiona, bo się snują po obejściu jak ten smród po gaciach, a jeszcze co chwila przystają, żeby coś dopowiedzieć, jakby całonocnej gadki było im za mało.
Dżez obnosił się po wsi z taką zabawną anegdotą, jak to kiedyś jechał rowerem przez wieś, a Mrówa wracała skądś z ćwiartką owsa na plecach. Zatrzymał się, żeby pomóc - ulżyłby kobiecie, a i jemu akurat brakowało parę groszy do pełnego rachunku.
- Nie chcę pomocy, nie mam pieniędzy, nie mam czasu, daj mi spokój, Dżez – burknęła. Ale jakoś tak się im się zgadało o tym i o owym. Minął kwadrans, pół godziny.
- Zrzuć worek na ziemię, ciężko ci – radził Dżez.
Ale Mrówie się nie opłacały ceregiele z workiem, naprawdę nie miała już czasu. Przerzucała tylko ładunek z ramienia na ramię i gadała, gadała. Słońce grzało coraz mocniej i pewnie by wtopiło Mrówę w asfalt, gdyby Dżez miał czapkę. Ale nie miał i przez to coraz dotkliwiej suszyło go w gardle. Więc wsiadł na rower i odjechał w siną dal, gdzie krystalizowała się już mocna wiśnia, piwo, albo - w ostateczności - zwyczajny, ratujący życie jabol.
Babcia Helena całowała z trwogą
stopy Jezusa i dłoń Dobrodzieja.
Moja dzielna babcia Helena,
która nie bała się krwi,
kuli, ani nawet bomby.
Przerażał ją jedynie bagnet,
bowiem bagnet rani brzuch,
a to się nie goi.
Jasna i czysta dłoń Dobrodzieja
nie mogłaby utrzymać bagnetu,
nawet kuchennego noża,
tym bardziej siekiery. Przecież trzeba
uderzyć z wielką siłą, żeby odrąbać
szczapę, albo głowę koguta
na niedzielny rosół. Zamykam oczy,
ale tylko na chwilę. Rosół z kury
z domowym makaronem. Tego smaku
nie da się zapomnieć.
Każdej niedzieli przed obiadem
dłoń Dobrodzieja zanurzała się
w kielichu. Burczało mi w brzuchu, jednak
musiałam być grzeczną dziewczynką. Nie gryźć.
Ze zranionego opłatka gdzieś, kiedyś, komuś
polała się krew. W tamten piątek
długo stałam w kolejce po chleb.
Pekaes uciekł, a bruk pod kościołem
był w sam raz do zabawy
w klasy. Nadal jest. I ja nadal bywam
tamtą grzeczną dziewczynką. Jasna i czysta
dłoń Dobrodzieja sprawdza pod bluzką,
jak mi leży na sercu odpustowy medalik.
Rani brzuch. Jest niedziela,
Babcia całuje stopy Jezusa.
Zamykam oczy i choćbym chciała
już nie potrafię ich otworzyć.
Jakieś palce tłuką o moje usta, zęby, dziąsła
i kładą mi na języku
ochłap mięsa. Pachnie krwią.