środa, 10 września 2025

INNA BAJKA

 Światełka. Do migotania.

- Dzień dobry! - wprawia mnie w zdumienie Książę. 
 
Nie jestem gotowa na spotkanie z Księciem. Nie jestem gotowa na całowanie oślizgłej żaby, chociażby wykąpanej i po stokroć zaklętej. Ale - co najważniejsze - nie jestem gotowa, bo mam siano na głowie, a mój gumowy kalosz, który grzęźnie w błocie, w niczym nie przypomina złotego pantofelka. 
 
- Dużo tu pijawek! - wybija mnie z introspekcji Książę. Głos ma do złudzenia podobny do Księcia, skrzekliwy i podbarwiony przeciągłym rechotem. 
 
I wtedy, wbrew woli zauważam, że to nie Książę tak mnie zagaduje, lecz postać z całkiem innej bajki: ukryty w cieniu wierzby Krzysiu Sierpek, samotnik, obibok, piwosz i niezguła, żyjący tu sobie długo i szczęśliwie, z dala od smoków, pijawek i innych krwiopijców. Przyglądam się przez chwilę jak rządzi sprawiedliwie swoją wędką, robakami, puszką piwa i paczką papierosów. 
 
Tymczasem Książę znika, odchodzi na zawsze w świat wodorostów i pijawek. Już go nie ma i nie będzie. Są jeszcze światełka - do migotania. Ale to już inna bajka.
 

 

niedziela, 31 sierpnia 2025

O ZACHODZIE

 

Pewne rzeczy zostały mi dane. Mam tutaj żelazną furtkę, a za nią miedzę, którą można bez wysiłku wędrować w stronę własnego cienia, albo w stronę zachodzącego słońca. Dzisiaj na jej szczycie stały dwa młode konie, malowniczo upstrzone przez purpurowe niebo. Już się trochę znamy, więc wiem, że to nie są te same zwierzęta, które się tu pasły przed rokiem i nie te, co przed dwoma laty, ani przed trzema. Nie wiem, skąd się bierze ta zmienność, ale mam przeczucie, że stoi za nią jakaś niemożliwa do zaakceptowania katastrofa, nonsens, skandal i trauma. Zdaję sobie sprawę, że niezmierny lęk, który na mnie spada, kiedy o tym myślę, może być tylko jednym: lękiem przed śmiercią. Próbuję go w czymś osadzić, w jakiś sposób go zrównoważyć, rozładować. Jakiś starożytny filozof radził, żeby ćwiczyć się w śmierci, myśleć o niej jak o części życia. Życia, które jest niczym innym jak strumieniem, który zasila się nami, przez chwilę niesie, a po jakimś czasie nieuchronnie porzuca, aby móc porwać coś innego. Nie jesteśmy aż tak ważni.

Konie sobie poszły, a właściwie pobiegły i była w ich podskokach jakaś tryskająca, roztańczona radość.  Życie. Ja natomiast skorzystałam z resztek światła i sfotografowałam rżysko. Jutro mogą je zaorać. Kilka dni temu żył sobie tutaj owies, ale już stał się paszą dla koni.

 


 

Z CYKLU: ROZMOWY ZE ŚCIANĄ

Na wschodzie bez zmian. 

 


MIGRACJE
Ano wyłapuję i pod but. I co z tego!
Toż to samo się naprasza, lezie tutaj
bez opamiętania, pełznie, jedno za drugim.
Czego to tutaj szuka, niech sama pani powie,
a bo to mu tam źle na tym jego zadupiu?
Ziele, perz mleczny, szczaw soczysty!
Że kosiarka? Też mi nowość.
Jak ma być pastwisko to i kosiarka
musi przelecieć się po tym wszystkim.
Inaczej już dawno by zalało ziemię.
Pani wie, jak to się pleni, jak mnoży?
Deszcz nie deszcz, noc nie noc,
pieprzy się to, żre, sra i łazi. Szuka
szczęścia na obczyźnie. A najlepiej temu
na moich grządkach, w mojej sałacie.
Już bym nawet oddała na odczepnego
jedną całą główkę, taką gorszą, co to
nie chce się zwinąć, tylko od razu wybija.
Ma w sobie gorycz, ale chyba pani rozumie,
że mnie się należy ta najlepsza, masłowa,
za cały ten trud, ból, zgarbione plecy,
za tę żałobę za paznokciami. To ja tutaj
z dziada pradziada orzę, pielę, sieję, zbieram.
A to wlezie i od razu chce wszystkiego.
I niczego nie uszanuje: Nadgryzie jeden listek,
nasra i pcha się dalej, a cała główka
zgnije. A to nawet się nie obejrzy.
Boga w sercu nie ma, a o księdzu
nawet nie słyszało. I tak
wyłapuję toto, depczę i gdy wreszcie kończę
z tym gównem, prostuję kark, nabieram tchu
i wydobywam się z tego całego grajdołu
- nie chce mi się wierzyć, że i ono wychodzi
z tego samego błota.