Zła biedronka. Niby nogi ma jak nogi, a skrzydła jak
skrzydła, ale liczba kropek dowodzi
niezbicie, że to intruz, najeźdźca, bezwzględny kolonialista, azjata od siedmiu
boleści. A przecież przed chwilą sama tu byłam, co najwyżej z kurzem w zakamarkach,
a tu nagle jakieś światów obcowanie, złego objawienie, żywot obcy, ament. Albo
my, albo one - chyba jakoś tak sformułował to w telewizji Najjaśniejszy. Albo
my, albo one - przypominam Bogu, który z ziemią pod łokciem siedzi na obłoczku. Chcę postąpić
właściwie. Najlepiej uderzyć kamieniem, kilka razy. Czubkiem buta wykopać dołek
na śmierć. Zasypać, zapomnieć. Najlepiej, żeby gleba była kamienista i sucha. Można
też użyć słów. Leć do nieba – powiedzieć i zaczekać aż zniknie na zawsze.
Jeszcze przez jakiś czas odnajdywać w pamięci jej otwarte ciało. Dziwny spokój,
że będzie co będzie. I nie bać się nawet, że tak będzie zawsze.
czwartek, 11 lipca 2019
piątek, 21 czerwca 2019
OTUSZ
nadal siedzę w tym niemieckim obozie pracy i wypatruję armii czerwonej
Na zdjęciu: Ogród Botaniczny w Solingen.
Na zdjęciu: Ogród Botaniczny w Solingen.
sobota, 8 czerwca 2019
CYKU-BZYKU
Jak to cyka-bzyka skrycie
W młodym życie - stare życie.
Napieprzam u tych barbarzyńców i nawet nie wiem jak tam pola za stodołą. Dobrze nawiezione kurzakiem z fermy, to pewnie żyto już się kładzie. I nie trzeba wydawać na antybiotyki, wystarczy darmowa inhalacja. Tak to wyglądało zimą (zdjęcie z 12 grudnia): Kilka warstw kurzaku, trochę śniegu, trochę mrozu, znowu kilka warstw kurzaku i przyorywka na wiosnę.
No i oczywiście pozdrowienia dla hodowcy drobiu.
W młodym życie - stare życie.
Napieprzam u tych barbarzyńców i nawet nie wiem jak tam pola za stodołą. Dobrze nawiezione kurzakiem z fermy, to pewnie żyto już się kładzie. I nie trzeba wydawać na antybiotyki, wystarczy darmowa inhalacja. Tak to wyglądało zimą (zdjęcie z 12 grudnia): Kilka warstw kurzaku, trochę śniegu, trochę mrozu, znowu kilka warstw kurzaku i przyorywka na wiosnę.
No i oczywiście pozdrowienia dla hodowcy drobiu.
czwartek, 28 marca 2019
GDZIEŚ NA MAZOWSZU
Upiorne światło, jak ilustracja do apokalipsy. Zadzieram głowę i
obserwuję, jak rozpełza się nad Ziemią. Zaczynam je nawet podziwiać za
metaliczną barwę i typowo ludzką zachłanność, z jaką zawłaszcza niebo. A
wtedy światło robi zwrot i - z właściwą sobie prędkością - wbija się w
drogi, w pobocza, w odsłonięte ciała. Jak obcy duch. Znikąd ratunku.
Wieś pochowała się za chałupy, telewizyjne ekrany, komórki, za kościelną
wieżę. Jestem prawdopodobnie jedyną, która
widzi, jak moje opętane ciało wpada w poślizg na zalanej deszczem
szosie. Oczywiście jeśli nie liczyć Boga, który – być może – mógłby to
potem obejrzeć na stopklatkach: upokorzone, bezwładne, wymachujące
rękami ciało, które leci do tyłu na złamanie karku, na pewną śmierć.
Jednak mój duch trzyma pion: w ostatniej chwili napręża mięśnie,
wzmacnia połączenia nerwowe, puste miejsca zalewa adrenaliną. Wydaje
jakieś okrzyki, typu: O k…a!, a może nawet: O Boże! I wszystko kończy
się dobrze – zwyczajnym, bezbarwnym zmierzchem. Sześć śmiertelnych ofiar
na drodze – zachłystują się media. Gdzieś na Mazowszu.
niedziela, 10 marca 2019
O SPEŁNIENIU
Dom skapcaniał na starość niczym Nieboszczka Walusiowa. Skwaśniał, sparciał, przysypia byle kiedy i byle gdzie, z przekrzywioną strzechą, ze strużką śliny wyciekającą spod powały. Od czasu do czasu, przy lepszej pogodzie, porusza firanką i wygląda przez wybitą szybkę, kto idzie i czego tu szuka na tym bezludziu, na zrębie. Wstrzymuje oddech, jakby czekał. Na Walusiową, której dawno temu pękło serce. Na Młodszego, który z dziurą po widłach zgnił w gnojowicy. Na Starszego, który gnije w kryminale. Coś go wtedy chwyta za kark i wgniata w ziemię, jakaś grawitacja czy inny czort. Nic to, myśli sobie, posiedzę trochę i przejdzie. Przycupnę i odpocznę sobie. Przecież wszystko było tutaj jak trzeba: synowie, drzewa, Ja. I tak sobie przysypia bez poczucia niespełnienia. Bez lęku, że którejś zimy na dobre ugrzęźnie w zaspach. Że którejś wiosny zaleje go woda ze spienionych rzek.
piątek, 1 marca 2019
O RAJU
Moje stopy potrafią odlecieć. Najchętniej nad ranem, kiedy jeszcze śnię z jedną nogą na dywaniku, z guzikiem wrośniętym w policzek. Znikąd pojawia się zaklęcie, a po chwili jest jak u Chagalla - no może tylko bez tych wszystkich artystycznych uniesień. Potem się budzę i jest podobnie. Wystarczy wykonać ten ruch dłonią i wymówić proste zaklęcie, na przykład: dzień dobry, czy oferta last minute do Niebieskiego Raju jest aktualna? Wreszcie - jak jakiś bóg - dobrotliwie przyglądać się z góry, czy moim stopom wygodnie jest w landrynkowych klapkach, czy ich nie ranią wschodzące palmy, słone odpływy, przypływy, po których zawsze zostaje jakiś brud. Ostre kamyczki, muszelki, lusterka. Pewnie powinnam pozwolić swoim stopom na odlot. A jednak każdego ranka pakuję je w mocne, skórzane buty. Potem uparcie uderzam nimi o twardy i rzeczywisty beton tego miasta. W dole beton - nad nim ja. Z byle powodu rozpadamy się na kawałeczki, ostre kamyczki, muszelki, lusterka.
poniedziałek, 18 lutego 2019
O TAŃCU
O zmroku ścieżka tańczy. Bo pięknie jest - dookoła las i błoto. Pewnie
mogłaby się zapaść wgłąb jakichś czerni, gdyby nie dywanik lodu, niosący
ją nad powierzchnią. Dobrze jest tak zanikać i znowu się pojawiać, w
chłodnym świetle, od którego na włosach układają się białe pasemka.
Balansować na zakrętach, na czubkach kruchych palców, na zgrubiałych
piętach. Zgrabnie omijać szczeliny, w których pełza beztroskie robactwo.
Okrążyć wszystkie kontynenty i gdzieś na końcu świata nareszcie
zatęsknić. Zanim ruszą dzikie zwierzęta. Zanim się przetoczy kolejne ze
stada słońc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




