Stwórca miał chyba dzisiaj przeciwsłoneczne okulary i fazę na taśmową produkcję artefaktów w wersji pogrzebowej: tu czarna dziura, ówdzie jakieś wygasłe gwiazdy, tam obłok wron. Te ostatnie teleportują się na drzewach, partaczą guanem i tak już umartwioną ziemię. Umrzesz, kraczą, będziesz leżeć w grobie i umrzesz. Nie będzie żadnego światła, żadnego nieba, tylko czarne żuki i korzenie drzew. Niezrażeni Jehowi - jak gdyby nigdy nic, z uśmiechem - wrzucają mi do skrzynki najnowszy folder reklamujący Raj. Przyglądam się temu wszystkiemu z orbity, z mojej stacji, bezpiecznie oddzielonej od toru białą linią okna. Kilka razy w roku, przed każdym większym świętem, poleruję je mokrą ścierką i antyseptycznym płynem o syntetycznym zapachu awokado. Tak może pachnieć wygrzana słońcem ziemia. Dostępny Raj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz