czwartek, 22 marca 2018

Broda Jana

Była niedziela i nikt nie wie na pewno, jaka siła pociągnęła Jana we wrota żeliwnej bramy, przeniosła nad żwirowanym podjazdem i zatrzymała u frontowych drzwi dworu w Liwie. Podobno była to para najlepszych, gniadych koni, zaprzężona do nowego, wystawnego powozu. Być może też ambicja i zawziętość chłopa, który ciężką pracą i przebojem zdołał zdobyć wszystko  prócz błękitnej krwi. A może poczucie pełni sił i męskości, albo pospolita, erotyczna fascynacja czterdziestolatka. Jeżeli była to miłość – szesnastoletnia Zosia nie chciała o niej słyszeć ani wiedzieć.
Jest starcem z farbowaną brodą – mówiła, kiedy poinformowano ją o oświadczynach. Także wtedy, kiedy jej doniesiono, że dla niej sprzedał za złoto stajnie i gospodarstwo w Wielicznej, gdzie tylko żaby kumkały, oraz kupił inne,  bliżej miasta, kościoła i huty szkła. Podobno mówiła te słowa w chwili, kiedy w ślubnej sukni stała w drzwiach kościoła i kiedy Jan przenosił ją przez próg nowego domu w Hucie Gruszczyno, w którym – zgodnie z wymuszoną obietnicą – żyła u jego boku, rodząc mu cztery córki i pielęgnując w chorobie, dopóki nie rozłączyła ich śmierć.
Był starcem z farbowaną brodą – powtarzała pięćdziesiąt lat później, kiedy Jan umarł i mogła wreszcie wyjechać za najmłodszą córką na ziemie odzyskane. I nawet po sześćdziesięciu latach, gdy wróciła do starego domu, żeby umrzeć na swoim i zostać pochowaną u boku męża, na cmentarzu w Starejwsi. Słyszały te słowa druhny strojące ją w welon, wszystkie córki, wnuczki i nawet ja je słyszałam, gdy jako kilkuletnia dziewczynka zakradałam się do pokoju prababci Zofii, żeby przyglądać się umieraniu.
I może te słowa, po wielokroć powtarzane, pewnego dnia pozbawiły Jana sił i złożyły w łóżku na dwadzieścia lat. A może nieumiejętność pogodzenia się z chwilą słabości, w której uległ wpływom oszusta i tuż przed wielką dewaluacją wymienił złoto na papierowe pieniądze, tracąc wszystko, co wydawało się pewne, i na czym budował całe swoje życie.
Został po nim drewniany dom, który spłonął w wielkim pożarze wsi, cudem ocalała komoda o przepastnych szufladach wypchanych banknotami, którymi - jako dziecko - mogłam bawić się w sklep, rodzinna opowieść o farbowanej brodzie i czarnobiałe zdjęcie, przedstawiające złożonego w trumnie, gładko wygolonego starca.


Wśród kobiet w pierwszym rzędzie –  pośrodku żona Zofia (z książeczką i różańcem) i trzy córki: Helena (moja Babcia, pierwsza z lewej), Celina (profilem) i Józia (z torebką).
Za plecami Józi i Celiny – Janek, mąż Józi.W pierwszym rzędzie, pierwszy z lewej – Czesław (mąż Heleny, mój Dziadek).
W lewym górnym rogu, dziewczyna w białej chusteczce – czwarta córka Tosia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz