niedziela, 20 grudnia 2020

SPACER

 Któregoś dnia, podczas zwykłego spaceru,
poczułam wyjątkowe zmęczenie. Tej jesieni
słońce nadspodziewanie długo się paliło
i strzepywało na drogę lśniące kryształy rdzy.
To nie było normalne.
To sprawka mojego ciała, orzekłam bezlitośnie, ta ułuda
jest następstwem rytmu, ruchu rąk i nóg.
Tak powstaje trans. Tak się rodzi niewola.
Utraciłam siebie?
Może czas najwyższy, pomyślałam bezdusznie,
skończyć  z tą nużącą włóczęgą po polach.
Tak przemawiał mój rozum.
Próbowałam się bronić,
używałam przy tym argumentów ciała,
które – zniewolone - nie chciało wyrzeczeń.  
Zwróciłam się ku poezji. To było żałosne.  
Wiersz miał rytm i rym i całkiem udatnie
symulował życie bez masy i cieni.
Wtedy ze zdumieniem zobaczyłam pustkę:
Rzędy głazów, które od zawsze wrastały w pobocze,
a w świetle listopada i w mojej rdzawej głowie,
czasami uchodziły za groby powstańców;
teraz zniknęły.
Serce, głowa, całe moje ciało
sprzeciwiło się takiemu barbarzyństwu.
Uderzyła kaskada przykryć uczuć i doznań,
jednak tuż po niej napłynęła myśl,
że znikanie - to przecież zwykła kolej rzeczy.
Ten świat, ten zardzewiały patchwork,
wcale nie jest tak  trwały, jak sądzą naiwni,
pruje się, płowieje, powstają w nim dziury.
To nie był ból po stracie, jedynie protest dziecka,
któremu dźwig zabrał z placu zabaw ulubioną huśtawkę.
Czas zatoczył koło – powiedziałam z uśmiechem
w stronę słońca, które skręciło za horyzont.
Zapragnęłam - po dziecinnemu – zrobić mu: pa, pa.
I dłoń posłusznie uniosła się, lecz nie wiedzieć czemu,
zatrzymała się niepewnie na wysokości serca.


 

1 komentarz:

  1. Trochę się wstydziłam wkleić ten wierszyk, no ale bez przesady. Napisałam go rano, jeszcze w łóżku, ołówkiem w zeszycie, bez lampki i bez okularów. Prawie nic nie widziałam, ale nie chciało mi się wstawać. Pewnie na falach alfa (oby to nie był covid). Zawsze mam wenę przed świętami, jako alternatywę dla sprzątania chaty.
    A zniknięcie głazów to fakt (autentyczny!). Mam je jeszcze na zdjęciach.

    OdpowiedzUsuń