Naładowałam baterie. Tego wieczora wszystkie oczy, lornetki, lunety, wszelkie aparaty świata kierowały się w niebo. Miała się wypełnić jedna z przepowiedni. Spodziewano się spektakularnych, najgorszych wydarzeń: nadejścia kogoś lub czegoś, wielkiego bum, roju komet, wypaczenia osi ziemi.
Sunące ku sobie, rozświetlone ciała olbrzymów nie mogły sprawić zawodu. Jednak w moim niebie siąpił deszcz, chmury złośliwie tężały, nie obiecując niczego. Powoli traciłam wiarę, a wtedy zobaczyłam zbliżające się ze wschodu dwa drżące ogarki. Sunęły niepewnie, pośród zgrzytów i trzasków,
po czym się zatrzymały na moim podjeździe. To zbliżenie nie zwiastowało niczego dobrego: rozpoznałam starego Zenka Kometę i jego równie starego grata. Kometa zszedł na ziemię, zataczał kolejne koła, ciągnąc za głową warkocz pary z ust. Złorzeczył i przeklinał ten zepsuty świat. To co najgorsze – właśnie się zdarzyło. Powiedział: Pękła oś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz