Moje stopy potrafią odlecieć. Najchętniej nad ranem, kiedy jeszcze śnię z jedną nogą na dywaniku, z guzikiem wrośniętym w policzek. Znikąd pojawia się zaklęcie, a po chwili jest jak u Chagalla - no może tylko bez tych wszystkich artystycznych uniesień. Potem się budzę i jest podobnie. Wystarczy wykonać ten ruch dłonią i wymówić proste zaklęcie, na przykład: dzień dobry, czy oferta last minute do Niebieskiego Raju jest aktualna? Wreszcie - jak jakiś bóg - dobrotliwie przyglądać się z góry, czy moim stopom wygodnie jest w landrynkowych klapkach, czy ich nie ranią wschodzące palmy, słone odpływy, przypływy, po których zawsze zostaje jakiś brud. Ostre kamyczki, muszelki, lusterka. Pewnie powinnam pozwolić swoim stopom na odlot. A jednak każdego ranka pakuję je w mocne, skórzane buty. Potem uparcie uderzam nimi o twardy i rzeczywisty beton tego miasta. W dole beton - nad nim ja. Z byle powodu rozpadamy się na kawałeczki, ostre kamyczki, muszelki, lusterka.
piątek, 1 marca 2019
poniedziałek, 18 lutego 2019
O TAŃCU
O zmroku ścieżka tańczy. Bo pięknie jest - dookoła las i błoto. Pewnie
mogłaby się zapaść wgłąb jakichś czerni, gdyby nie dywanik lodu, niosący
ją nad powierzchnią. Dobrze jest tak zanikać i znowu się pojawiać, w
chłodnym świetle, od którego na włosach układają się białe pasemka.
Balansować na zakrętach, na czubkach kruchych palców, na zgrubiałych
piętach. Zgrabnie omijać szczeliny, w których pełza beztroskie robactwo.
Okrążyć wszystkie kontynenty i gdzieś na końcu świata nareszcie
zatęsknić. Zanim ruszą dzikie zwierzęta. Zanim się przetoczy kolejne ze
stada słońc.
piątek, 11 stycznia 2019
poniedziałek, 7 stycznia 2019
Z MARSA
Mars wybiera nas sobie czasem. Wypatruje z orbity całymi latami, a kiedy znajdziemy się w pobliżu, niespodziewanie zawiesza na nas czerwone światełko lasera. I już nie odpuszcza. Otwiera w laptopie mieniące się okno, dyskretnie wsuwa do ręki telefon, karteczkę z adresem: Mare Erythraeum, podstawia pod drzwi gotową do drogi kapsułę. Z kabiny widzę jego porowatą cerę. Wciągam w płuca zapach pyłu, rozsypanego przez miliony korników, czy lat. Niejedno wiem o Marsjanach, a jednak czuję przypływ adrenaliny, gdy przez zaparowaną szybę, czy przez sen, dostrzegam ich spaloną promieniami X skórę, obrosłe kamieniem czułki, czuję ulotną warstewkę ciepła, wciąż pulsującą wokół ich ciał. A On uśmiecha się łagodnie. Śpij, to tylko podróż, wcale nie taka długa - mówi. Jednak istnieje przystanek, na którym wysiądziesz.
Na zdjęciu - Solingen, gdzie obecnie pracuję.
Na zdjęciu - Solingen, gdzie obecnie pracuję.
wtorek, 11 grudnia 2018
LIMERYK SPONSOROWANY
Pewien Krab - mister plaży z Łomianek,
miał dość ławic, glonów i bujanek.
Pragnął wcisnąć się z wdziękiem
w rozchyloną muszelkę
lecz - niestety - zaplątał się w wianek.
miał dość ławic, glonów i bujanek.
Pragnął wcisnąć się z wdziękiem
w rozchyloną muszelkę
lecz - niestety - zaplątał się w wianek.
poniedziałek, 10 grudnia 2018
BANER
Stuk stuk, stuka sobie jesień i przybija mi pod oknem aktualny bilbord,
reklamujący deszcz jesienny deszcz. Nie wiem, jakie środki higieniczne
są w tych deszczach, że już po pierwszym praniu zmywają z jesieni całe
złoto i purpurę. Pominę, proszę Państwa, opis tła typu black and white, w
którym dominuje porcelanowy ząb czasu, przeżuwający poczerniałe w
kąpieli liście. Pochylę się nad sceną rodzajową, która - być może - ma
przykuć uwagę widza. Rower Mietka-Mietka wydaje się
być niezgodny z duchem epoki; podobnie sam Mietek-Mietek jest bez
wątpienia wczorajszy. Trochę sobie siedzą, trochę leżą, świeżo wykąpani w
oddanej przed chwilą do użytku kałuży. Tymczasem dzisiejsze
społeczeństwo ma w nosie banery. Odporne na lans i propagandę, zdrowe
społeczeństwo wprawnym ruchem palca wybiera przycisk "pomiń reklamę" i
szerokim łukiem omija cały ten chłam.
czwartek, 6 grudnia 2018
INNE BAJKI. ZIELONY.
Nie robię makijażu. Chciałabym mieć bardziej wodniste oczy, dobrze
nawilżone kropelkami visine, takie bardziej pasujące do bezchmurnego
nieba, przejrzyste, dalekowzroczne, oczy przenikliwe jak szpilki, które
się przebiją przez te wszystkie skóry, skorupy, krwioobiegi, materie. I
nawet nie skaleczą, nie drasną tego miejsca, które zresztą i tak
niczemu nie służy. Specjalnie wymyślonego po to, żeby można było sobie uprawiać jakąś samotność, hodować na parapetach jakąś rachityczną miłość, albo rozpacz, albo mimozowate szczęście. Gdzie może czasem Ktoś przyjdzie, wypali na kanapie jakieś zielsko i wydmucha nosem zielony dym. Chciałabym zobaczyć ten chybotliwy żar, tę iskierkę zielonego światła - może bym wreszcie wiedziała dokąd iść. Noszę permanentny makijaż i może stąd ta długotrwała fatamorgana, zaćma, ta niemożność znalezienia strzałki na drodze. Otwieram oczy, zamykam oczy. Znam miejsce, czas i inne masochistyczne szczegóły, albo nie. Śnię jakiś sen, albo nie. I zawsze żyję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



