wtorek, 10 sierpnia 2021

GADKA SZMATKA

 

- Nie przyszłaś! – syknęła Mrówa i rozejrzała się na boki. Oczy miała - jak to ona - czerwone i zapuchnięte. Zatrzymała wzrok na dziupli w wierzbie i zastygła na dobrą chwilę z rozdziawioną gębą.

Owo zapatrzenie, bezruch, a zwłaszcza milczenie były dość nietypowe dla Mrówy. Ludzie szeptali, że po całych nocach pali się u niej światło, a Mrówa z mężem prawie nie sypiają. Gadają i gadają, i nigdy nie mogą się nagadać. A potem robota nie zrobiona, bo się snują po obejściu jak ten smród po gaciach, a jeszcze co chwila przystają, żeby coś dopowiedzieć, jakby całonocnej gadki było im za mało.

Dżez obnosił się po wsi z taką zabawną anegdotą, jak to kiedyś jechał rowerem przez wieś, a Mrówa wracała skądś z ćwiartką owsa na plecach. Zatrzymał się, żeby pomóc - ulżyłby kobiecie, a i jemu akurat brakowało parę groszy do pełnego rachunku.

- Nie chcę pomocy, nie mam pieniędzy, nie mam czasu, daj mi spokój, Dżez – burknęła. Ale jakoś tak się im się zgadało o tym i o owym. Minął kwadrans, pół godziny.

- Zrzuć worek na ziemię, ciężko ci – radził Dżez.

Ale Mrówie się nie opłacały ceregiele z workiem, naprawdę nie miała już czasu.  Przerzucała tylko ładunek z ramienia na ramię i gadała, gadała. Słońce grzało coraz mocniej i pewnie by wtopiło Mrówę w asfalt, gdyby Dżez miał czapkę. Ale nie miał i przez to coraz dotkliwiej suszyło go w gardle. Więc wsiadł na rower i odjechał w siną dal, gdzie krystalizowała się już mocna wiśnia, piwo, albo - w ostateczności - zwyczajny, ratujący życie jabol. 

 


 

wtorek, 27 lipca 2021

Z RĘKI


Babcia Helena całowała z trwogą
stopy Jezusa i dłoń Dobrodzieja.
Moja dzielna babcia Helena,
która nie bała się krwi,
kuli, ani nawet bomby.
Przerażał ją jedynie bagnet,
bowiem bagnet rani brzuch,
a to się nie goi.
Jasna i czysta dłoń Dobrodzieja
nie mogłaby utrzymać bagnetu,
nawet kuchennego noża,
tym bardziej siekiery. Przecież trzeba
uderzyć z wielką siłą, żeby odrąbać
szczapę, albo głowę koguta
na niedzielny rosół. Zamykam oczy,
ale tylko na chwilę. Rosół z kury
z domowym makaronem. Tego smaku
nie da się zapomnieć.
Każdej niedzieli przed obiadem
dłoń Dobrodzieja zanurzała się
w kielichu. Burczało mi w brzuchu, jednak
musiałam być grzeczną dziewczynką. Nie gryźć.
Ze zranionego opłatka gdzieś, kiedyś, komuś
polała się krew. W tamten piątek
długo stałam w kolejce po chleb.
Pekaes uciekł, a bruk pod kościołem
był w sam raz do zabawy
w klasy. Nadal jest. I ja nadal bywam
tamtą grzeczną dziewczynką. Jasna i czysta
dłoń Dobrodzieja sprawdza pod bluzką,
jak mi leży na sercu odpustowy medalik.
Rani brzuch. Jest niedziela,
Babcia całuje stopy Jezusa.
Zamykam oczy i choćbym chciała
już nie potrafię ich otworzyć.
Jakieś palce tłuką o moje usta, zęby, dziąsła
i kładą mi na języku
ochłap mięsa. Pachnie krwią.





piątek, 25 czerwca 2021

GDY STRUMYK PŁYNIE Z WOLNA

 

Rzekł Baca do Juhasa: Co ci, synku, poradzić...
(gnieć prędzej te oscypki, bo jełczeją w kadzi!)
A te nowe, czadowe
paszporty covidowe?
Możesz nosić na wierzchu, możesz sobie wsadzić.
 

 

czwartek, 24 czerwca 2021

ZWARTE SZEREGI

Oburzyła się Dynia: Co wam tak wesoło?!
Porastajcie dokładniej zagon za stodołą,
bo przyjdzie ta obraza:
rzodkiewkowa zaraza
i wsadzi nowalijki. I w ogon, i w czoło.
 

 

środa, 23 czerwca 2021

ZNALEZIONE W DYKTAFONIE

 

"A trzeba było oddać wszyściutko: serce, nerki, wątrobę, a nawet jelita wypłukane. To była Rzesza. Niemcy chodzili i przepatrywali kąty, nawet do garnków zaglądali, jak się mięso gotowało, czy z pieczęciami jest.
Wy się śmiejecie, a tak się zdarzyło, że jeden tucznik był już oskrobany, a drugi wisiał w chlewie, jeszcze nie zdjęty. Za to była kara śmierci dla gospodarza, to wcale nie były żarty. A tu Niemcy wjeżdżają bryczką na podwórze. No to Hania, Stasiek, ja, ojciec – żeśmy za tego świniaka złapali i wynosimy. A on taki był ciężki, że nie do udźwignięcia. Niemiec zobaczył, że nam się wymyka to wszystko, to podleciał i jeszcze pomógł nam go zanieść. Matka zaraz indora złapała i dała temu Niemcowi, żeby pojechał w cholerę.
Ale trzeba przyznać Niemcom, że nie szabrowali tak jak Ruskie. Przecież jak Ruskie do nas weszli, to poszło wszystko: konie, wozy, krowy. Przed Niemcami dało się schować parę worków pszenicy – Ruskie wszystko znaleźli. Jak spali u nas na oborze – przychodzili po coraz to nowe talerze a brudne wyrzucali na gnój, aż się pokończyły. Wszystko było jednorazowe."
 

 
 
Nagranie ma 18 lat.

czwartek, 17 czerwca 2021

TELOMERY


Połowa czerwca, kwitnie biały bez
i siano, pachnie kurzem i znojem
rozgrzanej wiejskiej drogi.
Widzę, że tamten dom na odludziu,
który znam i z trudem poznaję,
ma się całkiem nieźle: dostał nowy
dach. Spłowiała strzecha trzyma się mocno 
jedynie głowy Zuzy Mereszki, która 
niespodziewanie rozchyla moskitierę,
wytacza się w upał i sunie ciężko przez trawnik
z miską paszy dla kur. Dobrze się trzyma –
myślę z czułością. I nagle dociera do mnie,
że ta stara, wiejska, kobieta
to nie może być
nieboszczka Zuza Mereszka, to przecież jej 
wnuczka Halina, moja szkolna koleżanka.