czwartek, 7 marca 2024

HURRAAA!!!

 

Będę mogła stanąć na pół dnia przy garach i ugotować mężowi golonkę!!!
 
 

 
Edycja: Ojej, jednak nie, to nie nasza diecezja...

niedziela, 18 lutego 2024

O GRZECZNEJ DZIEWCZYNCE I MISTRZACH BESZAMELU

Nie czytałam "Córek ojców" Maureen Murdock, która to książka skłoniła Ewcię do całkiem fajnych przemyśleń. Może ktoś ją ma pod postacią EPUB lub MOBI i mógłby mi pożyczyć (podesłać plik), bo konto w banku mi się zagotowało i lada chwila wykipi do dna. 

 https://www.facebook.com/ewa.jarocka.5/posts/pfbid037VY169C87Ft3cxJPXjgCtVexd8vwPR7rvzzJHwEginbJxTxZiwq3frufRS36kEzTl

Córka ojców? Pierwsza myśl brzmi: Jestem córką matek. Nie czułam w przeszłości splotu z męską linią, zaś pajęcze nici, które niekiedy się pojawiały, i których się można było uczepić, albo w nie zaplątać, okazywały się ulotne jak smużki dymu z papierosa, z ogniska, z patelni. 

I dzisiaj, siedząc wygodnie przed komputerem, w kącie swojej nowej, eklektycznej kuchni, w zapachu grochówki i piekącego się chleba, patrzę na siebie trochę z góry i trochę z przymrużeniem oka, i myślę z pewnym zażenowaniem, że przez całe lata poddawano mnie obróbce, jak gdybym była tradycyjną, domową potrawą. Daniem o wdzięcznej nazwie: "grzeczna dziewczynka", czasochłonnym i kłopotliwym, pichconym od niechcenia przez doświadczonych i pewnych swojego kunsztu kucharzy, dla których priorytetem okazywała się soczystość i rumiana skórka. 

Naczynie, w którym mnie wysmażano, wykonano ze szkła, mogłam więc obserwować owych mistrzów beszamelu.Widziałam ich jednak jak przez mgłę, może z powodu obojętności, a może z winy oparów klejących się do ścian. 

Szybkowar wymagał czujności. Od czasu do czasu ciśnienie w garnku rosło ponad miarę i wysadzało któryś z zaworów bezpieczeństwa. Syk, woń, strumień gorącej pary, tłuste plamy na suficie - to musiało budzić popłoch w kuchni uporządkowanej, bezpiecznej, urządzonej zgodnie z zaleceniami najbardziej doświadczonych architektów. 

Potrawa traciła soczystość i zarumienioną skórkę? Ojojoj, tak mi przykro, ojojoj! 😃

 


 


niedziela, 4 lutego 2024

Z CYKLU: CZAS BLUŹNIERSTW

Władza nad samym Bogiem? No bo wielki mi Bóg, co to chodził na bosaka i nawet nie miał porządnej plebanii...

 


 Słowa cytowane w ramce PRYMAS TYSIĄCLECIA kard. Stefan Wyszyński najpierw wypowiedział podczas święceń kapłańskich w Ołtarzewie 22.VI.1957 r., a później zamieścił w piśmie teologicznym „Ateneum Kapłańskie”, zeszyt 2 IX-X 1960, s. 165.

Dodajmy, że samo słowo „ateneum” w przenośni znaczy „instytucja kulturalna lub naukowa, najczęściej szkoła wyższa lub średnia”. Dwumiesięcznik „Ateneum Kapłańskie” został założony w 1909 roku i cały czas związany jest z Seminarium Duchownym we Włocławku.

wtorek, 30 stycznia 2024

O MORZACH I OCEANACH

Chłopak, którego imienia nie mogę sobie
przypomnieć,
pokazał mi łódkę z kory.
Po wielu latach, na Naszej Klasie
napisał mi, że to była
miłość.

Wydawała się lekka, zamszowa
w dotyku, doskonała. Tego dnia,
siedząc w szkolnej ławce zrozumiałam:
nie

wystarczyło powiedzieć: daj, proszę, albo
wybąkać jakieś bzdety. Milczałam.

W tamtych odległych czasach
słowa pączkowały gdzieś w okolicy
wyciętych migdałków, odpustowych balonów
i nie mogłam wycisnąć ich na odwrotną stronę,
chociaż zbierałam całą odwagę.

Wzięłam sprawy w swoje ręce. Tak

poznałam nieprzydatność próchna,
zajadły opór drewna,
tępotę kuchennego noża. W akcie
kapitulacji złożyłam pierwszą

łódkę z papieru. Wkrótce z zapałem
wodowałam kolejne arkusze Trybuny Ludu,
kolejnych towarzyszy, papieży,
normy i plany pięcioletnie.

Łódki krążyły w wolnym nurcie,
by po chwili osiąść na mieliźnie.
Tutaj, na tej rzeczce, pod mostkiem.
Z daleka od mórz i oceanów.


 

niedziela, 21 stycznia 2024

CZAS BLUŹNIERSTW

 

"Do wydawnictwa Prószyński kierowane są protesty w związku z książką "Chrześcijaństwo. Amoralna religia". "
"Maile uniemożliwiały prace wydawnictwa"
"Powstrzymaj to bluźnierstwo! Skandaliczna książka wyd. Prószyński Media" 
 
Przyznaję, że mam problem z pojęciem bluźnierstwa. Rzecz jasna znam definicję: «słowa uwłaczające temu, co jest przez religię uznane za święte», ale tego nie czuję. Mogę sobie wyobrazić, że są ludzie, którzy odczuwają bluźnierstwo bardzo dotkliwie - zapewne ci, którzy wierzą w Boga, Świętą Księgę, Święty Kościół Powszechny, jak i ci, którzy z wiary żyją.
 
Może nie wszyscy protestujący przeczytali książkę. Ja przeczytałam z umiarkowanym zainteresowaniem dla treści i przedmiotu rozważań, ale z ogromnym uznaniem dla wiedzy i krytycznego myślenia autorów.
 
Otworzyłam książkę na przypadkowej stronie 138. Zdjęcie prezentuje przykład tych bluźnierstw.

 

 

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,30616035,wielka-akcja-oburzonych-katolikow-sparalizowali-prace-wydawnictwa.html?fbclid=IwAR2F34Q_xUHdzbxzfFPoFYC2vnc97M87jdoMzabVmij92GbFIke26Mth5bw#s=BoxOpMT


piątek, 19 stycznia 2024

ZATRUTA STUDNIA


Byliśmy dziećmi słońca. Z pierwszymi promieniami dnia otwieraliśmy oczy, od razu wybudzeni, od razu gotowi, aby żyć. Potem żyliśmy, długo i niespokojnie, aż do zmroku. Noc odbierała nam wzrok, siły, odwagę, a nawet pewność, że świat ciemności naprawdę istnieje, że krążą nad nim te same samoloty, te same obłoki i cały ten wszechświat. W zamian dawała zjawy, mary, iluzje i sny.
 
Czarny Stasiek i Rudy Jerek mieli swoje sposoby na to, żeby człowieka porządnie wystraszyć: Stasiek wiedział jak snuć opowieść, żeby słuchacz nie znudził się, nie zabrał swojego scyzoryka i nie pobiegł za Mućką, która akurat wlazła w szkodę: modulował głos, marszczył czoło, wytrzeszczał oczy, pienił się i pluł, unosił wargi, ukazując nadpsuty ząb. Jerek natomiast umiał się bać; w okazywaniu strachu Jerek osiągał niedościgłe wyżyny: zwijał się, trząsł, zatykał uszy, wstrzymywał oddech, purpurowiał i siniał w rytm słów przyjaciela. 
 
Stasiek był jak wielka i przepastna studnia, do której nie powinno się zaglądać, żeby nie obudzić drzemiących w niej upiorów, ale i tak każdy tam zagląda, bo chce sprawdzić, czy nie dostrzeże jeszcze czegoś, oprócz dziurawego kalosza i wiadra. W mrocznych głębiach Staśka zalegały opowieści o najstraszliwszych wydarzeniach, o najokropniejszych zjawach i stworach, które pod osłoną nocy prześladowały naszą wieś. Bo może dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale w tamtych osobliwych czasach, w długich latach naszego dzieciństwa, najczarniejsze czernie przetaczały się przez nasze podwórza, kamieniste drogi i piaszczyste pobocza, przez nasze strychy, chlewy, stajnie i obory. Frankenstein? Co prawda wrzeszczeliśmy z zapałem w ciemnej klasie, przed ekranem nowego, szkolnego telewizora, ale film o wykopaniu i ożywieniu trupa, w porównaniu z opowieściami Staśka, wydawał się łagodną, dziecięcą usypianką.
 
-Dziś w nocy Prokurat latał aż na Maciejów - szeptał Stasiek. Oczy miał czerwone i tarł je brudnymi paluchami. Połowę nocy przesiedział przy oknie, bo bolący mleczak nie dawał mu spać. Wsadził sobie do dziury kawał proszka z krzyżykiem, później główkę goździka, takiego śmierdzącego, jaki matka wrzuca jesienią do słoja marynowanych śliwek. I już miał zamiar położyć się do łóżka, kiedy usłyszał, że ktoś skrada się drogą. Przodem szedł długi, czarny cień, za nim czarny kot z podniesionym ogonem, za kotem chudy mężczyzna w czarnym garniturze, z dwiema bańkami wody przytroczonymi do ramion. Piszczały mu te bańki, citały, ale żaden pies we wsi nawet nie warknął, nie zaszczekał. Reksy i Burki leżały cicho w swoich budach, na swoich łańcuchach, jakby je Prokurat zaczarował.
 
Bałam się bólu mleczaka. Natomiast Prokurata bałam się mniej. Wierzyłam w niego tak, jak się wierzy w zmory, w strzygi, we wszystkie te przeklęte zjawy, które pojawiają się tylko nocą, które spienionym koniom zaplatają grzywy, a ludziom siadają na piersiach z taką siłą, że nie da się ani zaczerpnąć powietrza, ani krzyknąć, ani nawet usiąść na łóżku. Nikt jeszcze nie widział takiej zmory, nie umiał powiedzieć, czy jest młoda czy stara, szkaradna, czy piękna jak wróżka. A jednak nie było we wsi nikogo, do kogo by chociaż raz w życiu nie przyszła ciemną nocą i nie usiadła na piersiach. A im bardziej człowiek się boi, tym ona mocniej gniecie, z tą większą zawziętością wyciska życie z ciała. A kiedy już się komuś wydaje, że już nigdy nie zdoła zaczerpnąć powietrza, kiedy dostrzega śmierć i powoli się na nią zgadza - zmora znika. Może taka zmora żywi się ludzkim strachem, a może i ona boi się śmierci.
 
Prokurat się bał. Szpiedzy i bandyci, hitlerowcy, komuniści, partyjniacy wszelkiej maści, nieustannie nastawali na jego życie. Byli wszędzie - odbijali się w szybach okien, w kałużach, w czeluściach studni. Znali każdą dziurkę w jego domu, każdą szczelinę, jak krety i nornice ryli swoje labirynty, tajne przejścia, sekretne korytarze, wciskali się przez szpary w drzwiach, przez komin, przez mysie nory. Rozrzucali truciznę, rozpylali gaz. Woda w studni Prokurata była zatruta i nie mógł z niej korzystać. Nocą krążył więc po wsi, obserwował okna, a kiedy już widział, że zgasły wszystkie lampy, zakradał się na obce podwórka i czerpał z cudzych cembrowin. Każdej nocy zmieniał studnię, nikogo nie pytał o zgodę, nigdy nie uprzedzał - to był jego sposób, żeby wyprowadzić prześladowców w pole. Czasami ktoś go przyłapywał na tym czerpaniu, na tym ciąganiu baniek po ciemnych, wiejskich drogach; potem wyśmiewał to jego szaleństwo, albo i nie wyśmiewał. 
 
Dzisiaj już się domyślam, że to on był tym indiańskim szamanem, którego widziałam z okna domu babci. Odwiedził nas owej księżycowej nocy, kiedy i mnie bolał mleczak i ja również nie mogłam spać. Skryta za szydełkową firanką, odrętwiała z przejęcia obserwowałam, jak wyciągał kulką wodę z naszej studni, a wieczorny wiatr rozwiewał mu pióropusz siwych włosów. Nasza Łajka spała spokojnie. Nie szczekała.
 
Przestraszyłam się Prokurata znacznie później, kiedy go zobaczyłam w świetle dnia. Na skraju wsi, w pewnej odległości od szosy, rosła kępa dziwacznych zarośli. Stasiek kręcił się tam wieczorami, a raz kiedyś, w środku dnia, wybiegł spośród tego kłębowiska z kiścią białych winogron. Nigdy jeszcze nie jadłam winogron, ale Jerek zapewniał, że są słodkie. Szłam za nim wąską, ledwie zaznaczoną ścieżką. Czułam lęk i wielkie wzburzenie, jakbym trafiła do bajki o Jasiu i Małgosi. Miejsce wydawało się niezwykłe. I nawet się specjalnie nie zdziwiłam, kiedy spośród kęp krzaków, plątaniny pnączy i potężnych wałów ziemi - wyłoniła się chatka, kryta strzechą. Obcy mężczyzna i nieznajoma kobieta przyglądali mi się z wrogością. Na czarnej pokrywie zatrutej studni wylegiwał się czarny kot. 


środa, 17 stycznia 2024

THE MIRACLE CLUB


"Organizują publiczne męskie różańce, które są nie tylko modlitwą, ale również manifestacją siły" - mówi dla Onetu Jarosław Makowski, teolog i filozof.
Ulice Ełku zapełniły się około 4 tys. członków męskiej wspólnoty Wojownicy Maryi. W weekend zorganizowano procesję różańcową. - Wprost.

Mam więcej pytań, ale niech pozostaną tylko takie:

1. Czy manifestację na 4 tysiące osób można nazwać procesją?
2. Czy manifestacja na 4 tys. osób, nazwana procesją, wymaga jakiegoś zezwolenia?
3. Czy organizacja, która wymaga od swoich członków przejścia przez formację, zdania egzaminu oraz przystąpienia do uroczystego aktu Pasowania Mieczy, nie jest aby bojówką?
4. Czy organizacja, która wpuszcza tylko mężczyzn, ma prawo domagać się od kobiet zaufania i innych pozytywnych reakcji?
 

 
 
Byłam dzisiaj w kinie na "Klubie cudownych kobiet". Spodziewałam się komedii, a zryczałam się jak bóbr. Film, którego akcja rozgrywa się w Irlandii w roku 1967 - to dramat o samobójstwie, żalu, kłamstwach, depresji, aborcji, przecinających więzi rodzinne kłótniach, których oczywistym i jedynym racjonalnym źródłem jest patriarchat oraz presja społeczna, rozkwitające na żyznym gruncie katolicyzmu.