wtorek, 25 października 2022

LEKCJA RELIGII

 Jest niedziela. Krowy wydojone, gęsi napasione, jajka pozbierane, kartofle dla świń usiekane motyką. Ojciec czyta jakąś broszurę i ziewa. Ojoj! Chyba by wolał wyprowadzić ze stajni Kasztana i zabronować kartoflisko. Ojoj! Mama chyba będzie zmuszona napisać za niego kolejną pracę zaliczeniową z historii. Póki co wpatruje się w mikroskop i na kalce technicznej rysuje ołówkiem aparaty szparkowe Plantago major. Wciskam jej się na kolana, zaglądam w okular mikroskopu, próbuję rysować miękisz gąbczasty - kiedyś i ja będę studiować biologię. Siostra nuci pod nosem, coś tworzy na papierze, łamiąc kredkę za kredką. Najmłodsza zniknęła - pewnie już gania po wsi za dzieciakami. Koledzy dopiero co wrócili z kościoła, znudzeni i skostniali. Mają trochę czasu na rozgrzewkę, zanim ich zawołają na obiad. Dziadek wyciąga z kredensu różaniec, waży w dłoniach, po czym odkłada na miejsce, zatrzaskując szufladę. Jeszcze nie tak dawno, w swoim domku za żydowską łąką, przy niedzieli klękał przy łóżku obok Babci, pozdrawiał owoc żywota, wyznawał swoją grzeszność i prosił o modlitwę w godzinę śmierci naszej. Amen. Obecnie i Babcia, i godzina jej śmierci, i modlitwa do obrazka nad łóżkiem - to już przeszłość, wspomnienie, proch. Dom za żydowską łąką także powoli się rozpada, ale Dziadek uparcie spędza tam noce, w swoim własnym łóżku, pod własną pierzyną. Pimpek - najmłodsza siostra - chętnie mu towarzyszy, a Mama macha na to ręką.

Jesteśmy w żałobie, przygniata nas smutek i niedowierzanie. I jeszcze ten okropny dzień: jest mroczno, wieje wiatr, chyba jakieś przesilenie.Słyszymy trzask drzwi wejściowych do szkoły i szuranie w korytarzu. Jakiś przybysz spada nam z nieba - czasami mamy tę mannę.

- Sąsiad! - domyśla się Ojciec.

Wujo Ślepy stąpa ostrożnie, liczy schodki w ciemnym korytarzu, dokładnie obmacuje klamkę u drzwi.

- Wujku, wujku, opowiedz bajkę! - wołam radośnie. Sąsiad jest wspaniałym gawędziarzem, jakkolwiek jego bajki mało kiedy są odpowiednie dla dziecięcych uszu.

Mama robi dla nas wszystkich herbatę, wsypuje cukier do cukiernicy. Ojciec zdejmuje z kredensu prodiż, w którym kruszeją kocie oczka. Miały być na deser, po rosole, ale kogut się trafił jakiś stary, twardy, a kluski nawet nie zagniecione.

Nasz gość rozsiada się za stołem. Czekamy wszyscy na kabaret, przydała by nam się jakaś śmieszna opowieść. Jednak Wujo Ślepy nie chce opowiadać świńskich bajek, ma przy niedzieli poważniejsze dylematy:

- Była jeszcze taka młoda. Wielka szkoda - wzdycha, wspominając Babcię. - Ale chyba sami państwo rozumiecie: Gdyby na świecie zabrakło kobiet, człowiek sam by mógł rodzić dzieci - oznajmia kategorycznie.  - Nie rodzi, bo nie musi, dostał do wyręki niewiastę.

- Nie dałby rady. Brakuje mu niektórych narządów - mama jeszcze się śmieje, ale zauważam jak sztywnieje, unosi brwi, prostuje plecy. Czeka na cios. Nic w nią tak nie uderza, jak nieuctwo i zabobon.

- Mężczyźnie niczego nie brakuje! - zaperza się Wujo Ślepy. Niech pani zobaczy, pani Danko: Zwierzęta, które mają jakieś braki, od razu zostały stworzone parami: koń z kobyłą, krowa z bykiem. Nie wycinał Bóg komarowi żebra, żeby mu dorobić komarzycę, he he he, tak czy nie? A człowiek został stworzony pojedynczo, bez żadnych braków, niedostatków, bo przecież na obraz i podobieństwo Boga. Niewiastę dostał później, do pomocy, do towarzystwa, dla rozrywki. Kobieta nie jest na tym świecie koniecznie potrzebna, chociaż się czasem człowiekowi przydaje, no niech pan sam powie, panie Ryszardzie, tak czy nie? He he he.

Tata zaciąga się Giewontem. Śmiejemy się - wszyscy prócz mamy. Ooo, mama jest już wkurzona jak diabli.

- Wszystko na tym świecie rozwija się z jaj zapłodnionych przez plemniki - oświadcza.

- A pchły też się lęgną z jaj?! Pchły powstają samoistnie z trocin i moczu! - wykrzykuje triumfalnie Wujo Ślepy. 

- No tego to już za wiele - wkurza się coraz bardziej Mama.- to jakaś bzdura, kompletna ignorancja. Larwy pcheł się lęgną z zapłodnionych jaj, złożonych przez samice w trocinach!

- Pani Danko, niech pani - za przeproszeniem - naszczy w trociny, to sama się pani przekona, jak tam się zrobi rój!

- A pan niech już lepiej zje to kocie oczko. 

Chrupiemy z apetytem. Ciastka są pyszne, upieczone w nowym prodiżu elektrycznym, na mielonych skwarkach, z dżemem malinowym, wysokosłodzonym, ze spółdzielni. Płaty pary falują leniwie nad szklankami, jak latające dywany z egzotycznych baśni. Mama już też się śmieje. Jest  niedziela, nie ma wojny, podciągnęli nam prąd, mamy prodiż do pieczenia ciasta i cukier do herbaty. Ściany mieszkania w nowej szkole pachną wapnem i cementem. Łóżka pachną po staremu: stodołą i sąsiekiem. W sobotę wymieniliśmy słomę w siennikach, bo w starej zalęgły się pchły. Wykluły się z jaj. 

 


P.S.

Rafał Betlejewski, autor "365 lekcji religii dla całej rodziny, która chce się wyzwolić" sugeruje czytelnikom, żeby napisali coś o książce, ale ja nie umiem pisać recenzji.


środa, 12 października 2022

FABRYKA

 

Tego się nie czuje. Nie zauważa się pędu planety, nawet tej najmniejszej, tej własnej, gdzie horyzont ledwie sięga ścian. Trudno rozpoznać wnętrze fabryki, jeżeli nie czuje się ucisku, międlenia, nie słyszy wycia rozpędzonych maszyn. Niezauważenie pracują ogromne mieszadła, wielkie sita dyskretnie dosypują do dzieży odpowiednio dobrane proporcje mąki, drożdży, soli i czekolady.

Przesuwam palcem po podłodze, w szparę między deskami wcieram glut słodkiego kremu zdjętego z kołnierzyka sukienki. Tort jest smaczny, ale się nie umywa do czekoladowego cukierka, jakie ciotka przywozi dla nas z Warszawy. Z torebką mieszanki wedlowskiej w garści, z Bajecznym między zębami, z głową na pasiastym chodniku obserwuję spektakl, jaki rozgrywa się wokół stołu - zazwyczaj okrągłego, ale okazyjnie rozkładanego w rozłożysty owal. Lampa naftowa wykrawa z ciemności kawałeczek świata, wystarczająco duży, żeby nie stracić z oczu tego, co w centrum i wystarczająco mały, żeby bez trudu znaleźć sobie miejsce poza horyzontem zdarzeń, w ciemności. Z mojej pozycji dostrzegam jasne sylwetki sześciu osób. Jest mama, tata, dwóch wujków i dwie ciotki. Płomyk nad nasączonym naftą knotem faluje przy każdym wypowiedzianym słowie, przy każdym toaście, świńskim kawale, sprośnej piosence, przy każdym wybuchu śmiechu. 
 
Na stole stoi butelka wódki. Domyślam się, że to jedna z trzech, jakie od kilku dni zalegają półkę w spiżarni. Rozpoznaję ją po czerwonej kartce. Wódka z czerwoną kartką, kupiona w spółdzielni, jest paskudna. Żeby dało się ją wypić, należy do każdej butelki wlać kilka łyżek miodu, porządnie wymieszać i odstawić do przegryzienia na kilka dni. 
 
Bimber za okupacji smakował lepiej i mniej bolała po nim głowa. Za przyłapanie chłopa na pędzeniu groziła kulka w łeb, a przecież w tamtych czasach to było jedyne lekarstwo. Jak się krowa wzdęła - wlewało jej się do pyska całą butelkę spirytusu. Krówsko się wzbraniało, ryczało, potem zaczynało bekać i na koniec zdrowiało. I po co miało zdychać w męczarniach? Toteż każdy miał w zapasie kilka butelek na czarną godzinę.
 
Jednak nie da się żyć tylko zwyczajnie. Zwyczajne życie dobrze znosi banał, jednak dni świąteczne odrastają jak łby baśniowych potworów. I za okupacji, od czasu do czasu zdarzała się taka dziwna, nadzwyczaj jasna, księżycowa noc, a srebrna poświata zalewała pola. I coś nachodziło na chłopaków we wsi, jakaś utajona młodość, szczeniacka odwaga. Napijali się jak muchy, wyciągali konie, bryczki, furmanki, jeździli po drogach, darli się, śpiewali, co ładniejszym pannom zajeżdżali pod chałupy. Otwierały się drzwi, ludzie wylegali na drogę, niektórzy w samych koszulach, w papuciach, stary Stasiak nawet bez portek. Ależ to była zabawa - jakby nie było całej tej wojny. Bo też w nocy żaden Niemiec nie wyściubił nosa z kwatery. Dni były niemieckie, ale noce polskie.
 
Niemcy nigdy we wsi bimbru nie znaleźli. Schmidt robił tyle hałasu, gdy zajeżdżał bryczką na podwórze, tak się guzdrał przy koniach zanim wszedł do domu, że dziadek zawsze zdążył wszystko uprzątnąć na cacy. Jednak raz się zdarzył taki przeklęty dzień, że Niemcy zajechali nie wiadomo kiedy, dorośli się porozłazili nie wiadomo gdzie, tylko dzieci siedziały same w domu. Szmidt zajrzał do kuchni, a na stole stała butelka bimbru. Żandarm zatrzymał się w progu, odwrócił się i przykazał Ślązakowi dokładnie sprawdzić sień. Bo ze Szmidtem jeździł zawsze taki Ślązak, farbowany folksdojcz, pieprzony denuncjator, co to chciał być bardziej sumienny od wszystkich szwabów razem wziętych. Każdy we wsi go nienawidził i bał się jak wściekłego psa. Partyzanci go w końcu rozjechali furmanką, a Niemcy udawali, że wierzą w wypadek. Nie było żadnych konsekwencji. Żandarmom chyba też ulżyło. A tamtego przeklętego dnia, kiedy Ślązak, a może i sam Śmierć szperał w sieni, Szmidt szybko wszedł do kuchni, chwycił butelkę i postawił na podłodze za nogą od szafki. Później, kiedy już było słychać Ruskich, a Niemcy próbowali uciekać, partyzanci pozwolili Schmidtowi wyjechać. Nie wiadomo, jak to się dla niego skończyło.
 
Lubię te wieczory, kiedy mam siedem lat, a tata i wujkowie piją wódkę i opowiadają sobie młodość. W uszach mam śmiech, a w żyłach cukier. Kłębuszki papierosowego dymu toczą się nad stołem, rozrastają się w mgławice, wcielają w siebie mniejsze konstelacje i w końcu rozpraszają się, nie dotknąwszy nawet sufitu.
 
- Czy mogę spać w Moskwiczu? - pytam wujka.
 
Potem się wlokę w stronę samochodu, ciągnąc po zroszonej trawie ciężką, dziecięcą pierzynę. Oglądam Księżyc, odnajduję Wielki Wóz. Powietrze dzwoni. Nie zdaję sobie sprawy, jak ciężko pracują wielkie mieszadła, niestrudzenie międlą mąkę, drożdże, popiół i czekoladę. A przez niewidzialne sita właśnie sypie się do tygla brokat z gwiazd.
 

 

poniedziałek, 3 października 2022

Z CYKLU: SMAROWANIE NA KOLANIE

Afera drobiowa. Kurczaki w całej Polsce karmione tłuszczami do produkcji smarów?

 
Pozwólcie Państwo, że wspomnę tamte gorące czasy przed covidem, kiedy eks-wójt naszej gminy, na własnych rozległych włościach, forsował rozwój przemysłu drobiarskiego, mając na uwadze zawartość własnych kieszeni, zaś w najgłębszym poważaniu następstwa dokuczliwe i groźne dla pospólstwa, począwszy od pól zanieczyszczonych odpadami, przez skażone wody gruntowe i powietrze, po hałas, spękane domy i wiejskie drogi rozjeźdżone przez tiry, o nieodwracalnych zmianach w krajobrazie nie wspominając. 
 
Otóż pewnego gorącego dnia odbyła się w polskim sejmie debata na temat następstw przemysłowej hodowli drobiu. Nie będę Państwa zarzucać szczegółami emocjonalnych wystąpień, które jestem w stanie odtworzyć jedynie z pamięci. Wspomnę jedynie niezapomniane wystąpienie pewnej pani z doktoratem – przedstawicielki światka naukowego Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego w Siedlcach. 
 
Otóż owa przesycona endorfinami pani naukowczyni, wsparta na wypielęgnowanym i nad wyraz eleganckim ramieniu pana rolnika-od-kurnika, przedarła się przez gąszcz fatalizmów, czarnowidztwa i frustracji, serwowanych przez zgromadzone pospólstwo i obwieściła zebranym radosną nowinę: Rodacy! Skończyły się w Polsce lata chude, a rozpoczęły się wyglądane lata tłuste! Lawinowo rośnie spożycie mięsa! My, Polacy, zjadamy ogromne ilości udek, skrzydełek, korpusów i kurzej wątróbki! Chwała i cześć producentom drobiu! Hurraa, hurraa, hurraa!
 
W obliczu zaistniałych faktów, życzę nam wszystkim: Smacznego!
 
 

 


niedziela, 18 września 2022

83. ROCZNICA BITWY POD HUTĄ GRUSZCZYNO

Co z tego przetrwało, prócz kruszywa i rdzy? 
 
Czasami o tym szeptano, ale po wojnie nikt z miejscowych chyba nie wiedział, która to była dywizja, ani jaki pułk. Słyszałam jedynie, że najeźdźcy mieli czołgi, a nasi koniki, bagnety, resztki amunicji i potężne gardła. 
 
Dziadkowie i mama niemal dotknęli frontu. Ich dom i zagroda mieściły się w połowie pola między placem szkolnym, gdzie zatrzymali się Niemcy, a Górami - grupą wydm, gdzie okopali się Polacy. W uszach mojej - siedmioletniej wówczas - mamy, okrzyk "Hurrrraaaaaa!" i tętent koni brzmiały równie przerażająco jak ryk gąsienic i huk dział.
 
Tego piekielnego dnia niemieckie pociski wyrwały na łące za stodołą potężny dół, który służył mi po latach jako miejsce zakazanej kąpieli. Przez całe pokolenie dziadek i ojciec wyorywali z pola dowody polskiej odwagi i chwały: fragmenty wysadzonej przez naszych, niemieckiej ciężarówki z amunicją. Kawał wyciągniętego z bruzdy żelastwa służył nam przez kilkadziesiąt lat jako zamek do stodoły.
 
Obie strony poniosły dotkliwe straty. Martwych Niemców poukładano na ławkach w klasach szkolnych, skatologowano i pochowano na placu szkolnym w zbiorowej mogile. Dół po powojennej ekshumacji, zasypany dopiero w latach sześćdziesiątych, stał się dla mnie - w pewnym okresie życia - miejscem emocjonującej zabawy. Polskich żołnierzy i ich konie złożono w piasku na miejscu bitwy. Opowiadano, że wydmy były czerwone od krwi. Przeniesiono ich po wojnie na cmentarz w Starejwsi. Niektórzy dostali nazwiska na nagrobku, inni spoczywają jako bezimienni. 
 
Dziadkowie i mama nie zapamiętali żadnych twarzy, oprócz tamtego dzieciaka w mundurze. Krzyczał: "wody, wody", a nie można mu było dać nawet łyka. Taki był tumult, taki wrzask, a nic nie mogło zagłuszyć tego jego wołania o wodę. Tyle było bomb, tyle kul, a on miał nieszczęście dostać bagnetem. Jelita powoli wypływały na trawę. Leżał w sadku pod naszą najlepszą gruszką - sapierzanką. Owoce opadały i roiło się od os. Jedna z gruszek spadła mu na brzuch. 
 
Babcia nigdy nie zapomniała smrodu nagich jelit. Dziadek przez lata wspominał błaganie o wodę. Mama nie mogła zapomnieć nocy w rządkach z ziemniakami i gromkiego "Hurrraaa!". 
 
Ja należę do tego szczęśliwego pokolenia, któremu dane było zapamiętać smak tamtych sapierzanek.
 
 
 Na zdjęciu: pole bitwy.


sobota, 10 września 2022

NUTY Z HUTY

 Zbuntowała się Jałówka spod Rowa:
- Od dojenia będzie boleć mnie głowa!
Użyję pudru, szminki
I pójdę na Dożynki!
Tak została twarzą Grygrowa.

 

 

piątek, 9 września 2022

Z CYKLU: s = Vt. DRZWI Z SERDUSZKIEM

Sąsiadka, nazywana przez nas panią Zofią, a we wsi i w szkole Zosią Prokuratką, miała zegar: wielki, rzeźbiony, z wahadłem i kukułką. Też byśmy taki mieli - w spadku po pradziadkach - gdyby nie spadły na nas wszystkie tamte wojenne pożogi, po których do moich czasów dotrwała jedynie dziura w ziemi, kupka gruzu i my.

Długo nie znałam się na zegarze. Nie było sensu zajmować się czasem, który miał zwyczaj stać bezczynnie i kisić się w swoim codziennym banale. Bo co może z takim począć kilkuletnia dziewczynka? Delektować się zapachem świeżej słomy w sienniku, zwierzęcą wonią puchowej pierzyny, wyciem ognia w palenisku, wzorem sadzy na kloszu lampy naftowej? 

W erze powolnego czasu mijała wieczność, nim rodzice wrócili z pracy w szkole, a druga wieczność, nim ojciec z Kasztanem zaorali pole, trzecia wieczność, zanim Buba się nażarła na marnym pastwisku i chciała wracać do domu na dojenie, czwarta wieczność - nim mama skończyła pranie w balii, piąta wieczność, nim babcia wymodliła ulgę w bólu, szósta wieczność - nim proboszcz skończył niedzielne ogłoszenia parafialne, siódma wieczność... 

Kroił się chleb, gotowało mleko, węgiel i popiół brudziły podłogę. Kołchoźnik trzeszczał, płakał głosem Towarzysza Wiesława,  lub zawodził perliście jako Mieczysław Fogg. 

Trybuna Ludu kołysała się na gwoździu w drewnianej ubikacji z cuchnącą dziurą w ziemi i serduszkiem na drzwiach. Litery nagłówków składały się w ciągi. Niektóre ciągi nakładały się na słowa, które już znałam ze słyszenia, np.: Plenum Partii, albo Jurij Gagarin. Wkrótce odkryłam schowek na klucz do szkolnej biblioteki. To było łatwe - pani Zofia średnio dbała o bezpieczeństwo powierzonych jej zbiorów. 

Jednej z książek nikt jeszcze nie otworzył, nie opieczętował, nie obłożył w szary papier. Pan Samochodzik uchylił drzwi do swojego wehikułu i - zanim się obejrzałam - odjechałam z zawrotną prędkością w nieznany drugi świat.


 

środa, 24 sierpnia 2022

ANIOŁ I VIAGRA

Z ostatniej chwili:„ Niedziela jest najważniejszym dniem w tygodniu. Ten dzień powinno się spędzać z rodziną. To czas na modlitwę, a nie na spędzanie go w sklepie." Minister Marlena Maląg

 

Stasiuk pisze, że jedyną wartą opisu rzeczą jest światło. Dzisiaj zostawiam opisy światła Stasiukowi. Jest niedziela. Słyszę, jak jakieś pacholę w kościele prosi Boga o ładną pogodę. Modlitwa z głośników umocowanych przed świątynią rozprasza się w kurzu nad rozpaloną od słońca drogą.

Mogłabym – wzorem zgromadzonych w kościele wiernych – coś w odpowiedzi burknąć, chrząknąć, kaszlnąć jak uchatka, wydukać pod nosem jakieś „Amen”. Jednak już nie wierzę w te wszystkie prognozy pogody o nadciągających burzach, deszczach, podtopieniach, oberwaniach chmur. Tutaj jest tylko topiący się asfalt, wyschnięta trawa, zakurzone niebo i pożółkłe od upału słońce.

Naciskam mocniej na pedały i po chwili zajeżdżam przez otwartą bramę pod wiejski sklep, na podjazd osłonięty ciężkim dachem, w cień  kryjący solidny drewniany stół otoczony ławami. Nikogo nie widać, drzwi zamknięte.

- Zaraz otworzą – informuje mnie chrapliwy głos. –Za kilka minut ludzie wyjdą z kościoła i zwalą się tutaj hurmem na lody.

Mrużę oczy, przetrząsam cień pod wiatą, ale nie widzę Anioła, który wlewa w moje przegrzane serce nadzieję na bodaj jedną kulkę lodu. Materializuje się w pełnym słońcu: rozparty na ławce, z rozpostartymi ramionami, rozebrany do pasa i czarny jak panel słoneczny, zasysający energię z samego nieba.

- Dziękuję Ci, czarny Aniele – mówię w myślach ze śmiechem.

Chrząka. Zaczynam rozumieć, że mój Anioł w tej chwili potrzebuje czegoś bardziej materialnego niż słowa. Chmura gorącego dymu unosi się nad nim niczym aureola. Jakby mu było mało tego żaru, wyciąga z kieszeni zmiętą paczkę po papierosach. Unosi ją do oczu, wkłada do środka poczerniałe od nikotyny palce, gmera w pustce, po czym bierze mnie na celownik. Kłuje mnie nadspodziewanie jasnym spojrzeniem, jakby chciał mnie prześwietlić i ocenić, czy opłaca mu się całe to przedstawienie.

Kulę się w najgłębszym cieniu. Nie lubię teatru jednego widza. Peszę się, kiedy żywy aktor, który oddycha, trawi, poci się, wydziela jakiś zapach – staje na scenie specjalnie dla mnie.

- Niestety nie palę – uprzedzam pytanie o ogień.

Na szczęście w tej minucie nasze spotkanie traci niepokojącą intymność. Na parking wjeżdża procesja samochodów. W otwartych znienacka drzwiach sklepu znikają pierwsze niespokojne, władcze matki. Towarzyszą im ociężałe, opryskliwe dzieci, wpatrzone w wyświetlacze telefonów komórkowych. Tatusiowie otwierają okna samochodów i słupki szarego popiołu zasypują żwir.

Widzę, że mój Anioł zyskuje nowego podopiecznego. Trzaskają drzwiczki starej beemki i jakiś Looki z jasnym lokiem nad czołem pospiesznie opada obok niego na ławkę.

- Byłeś u Zygi? - pyta Looki.

- Byłem – przeciąga się leniwie Anioł.

- Ma dla mnie te proszki? – dopytuje się Looki.

- Sam go spytaj! – odbija piłeczkę Anioł.

- Chciałem go zagadać w kościele, ale baby nas za bardzo obstawiły. To jak, ma dla mnie te proszki? Takie w czarnym pudełku. Ma czy nie? - Looki zerka niespokojnie w falujące drzwi sklepu. Wyraźnie kończy mu się czas.

- A po co ci te proszki, co będziesz z nimi robił! – kpi Anioł.

- Połknę i pojadę do tych trzech z Gajówki – szepce konfidencjonalnie Looki. – Znamy się dobrze, czasami dzwonią, żeby im przywieźć wina ze sklepu.

- One ci nie dadzą! - Anioł zanosi się śmiechem. - Wieruch już u nich był w tej sprawie. Człowieku, to lesby, tęczówki, elgebiety! Robią to ze sobą, to sprawdzone, mówię ci! Człoo-wieku! - powtarza z wyższością, po anielsku.

- Jak one mi nie dadzą, to dosiądę swoją Kryśkę! – oznajmia Looki.

- Oooo, Kryśka to już na sto procent ci nie da! - Anioł dosłownie pokłada się ze śmiechu.

- Da! – mówi Looki – Jak zobaczy, że mi tak fest stanął, to mi da. Kryśkę dosiądę!

Otwierają się szklane drzwi i od tej chwili akcja posuwa się błyskawicznie. Ze sklepu wychodzą dwie kobiety w różnym wieku – na oko jakby matka z córką. Looki zrywa się z ławki, Anioł chwyta sprawnie rzuconą mu pełną paczkę papierosów i przybiera niedbałą pozę, trzaskają drzwiczki, beemka odjeżdża, Anioł wsiada na rower, parking pustoszeje.

Patrzę w uchylone drzwi sklepu, ozdobione plakatem z napisem „Lody”. Chyba strzelę sobie kulkę.