Chłopak, którego imienia
nie mogę sobie przypomnieć,
pokazał mi łódkę z kory.
Po wielu latach,
na Naszej Klasie napisał mi,
że to była miłość.
Wydawała się lekka, zamszowa
w dotyku, doskonała. Tego dnia,
siedząc w szkolnej ławce zrozumiałam:
nie
wystarczyło powiedzieć: daj, proszę, albo
wybąkać jakieś bzdety. Milczałam.
W tamtych odległych czasach
słowa pączkowały gdzieś w okolicy
wyciętych migdałków, nadymały się
do rozmiaru odpustowych balonów
i nie mogłam wycisnąć ich na tamtą stronę,
chociaż czasami – uwierzcie,
proszę – zbierałam całą odwagę.
Wzięłam sprawy w swoje ręce. Tak
poznałam nieprzydatność próchna,
zajadły opór drewna,
tępotę kuchennego noża. W akcie
kapitulacji złożyłam pierwszą
łódkę z papieru. Wkrótce z zapałem
wodowałam kolejne arkusze Trybuny Ludu,
kolejnych towarzyszy, papieży,
normy i plany pięcioletnie.
Łódki krążyły w wolnym nurcie,
by po chwili osiąść na mieliźnie.
Tutaj, na tej rzeczce, pod mostkiem.
Z daleka od mórz i oceanów.
Siadłam i nasmarowałam. Jutro pewnie będę sto razy poprawiać.
OdpowiedzUsuń