niedziela, 16 stycznia 2022

DUPA DREWNIANA

 

Aż boję się pomyśleć, jak bolesne dla guru może się stać odkrycie, że oto stracił wiarygodność. Natomiast zwątpienie - tę burzę z piorunami, z następującą po niej pustką, poznałam dość wcześnie, w wieku zaledwie kilku lat. Albowiem choćbym chciała, choćbym najbardziej się starała - jak mogłam uwierzyć w to, co Rudy Jerek z Czarnym Staśkiem opowiedzieli mi o Małkowskiej?

Rudy Jerek i Czarny Stasiek przesiadywali w ruinach przy sadzawce. Nie pasali krów - chyba ich nie mieli.

- Chodź, coś ci powiemy - darł się na całe gardło Czarny Stasiek. Rudy Jerek zazwyczaj milczał - może nawet w ogóle się nie odzywał. Stał obok Staśka cichy i nieruchomy, ale nieodłączny i niezbędny jak podpora, jak płot obok malwy, jak tyczka przy fasoli.

Czekali cierpliwie. Ja tymczasem, w pocie czoła, odcinałam z bochenka dwie potężne kromki chleba, maczałam wierzchy w wiadrze z wodą i grubo posypywałam cukrem. Ceremonia wtajemniczenia wymagała daniny. To dzięki niej dowiedziałam się o czarnej wołdze, o krwi toczonej na żydowską macę z bladych ciał polskich dzieci, o ruchaniu, a także o wielu innych, budzących grozę, okropieństwach tego świata. Słuchałam i nigdy nie wątpiłam.

Jak jednak mogłam uwierzyć w to, że Małkowska nie miała dupy? Wprawdzie tutaj każdy czegoś nie miał, o każdym można by było powiedzieć, że ma jakieś braki, jakieś wyrwy; jak nie w ciele - to w sumieniu, jak nie w majątku - to przynajmniej w życiorysie. Za dużo się przez tak małą wieś przewaliło: front, getto, Niemcy, Ruskie, bandy UPA. Za dużo żywych i umarłych przedarło się tędy - dniem albo nocą, chyłkiem albo z jazgotem, czepiając się klamek, krzaków, okien i drzwi - żeby czegoś nie rozdeptać, nie stratować, nie urwać, nie pogrzebać. Ciotka Cicha nie miała krtani, Składak nie miał ręki i nogi, Wielgatka nie miała krowy, Witek nie miał gaci na tyłku, kiedy latał po wsi i krył się po rowach, bo mu się zdawało, że ucieka przed Niemcami. I każdy się jakoś przyzwyczaił do tych braków i strat.

Jak jednak mogłam uwierzyć w tajemnicę Małkowskiej? Przecież na własne oczy widziałam jej dupę  pod kretonową sukienką w kwiatki. Co prawda - Małkowska była jakaś dziwna. Gdybym ją miała tutaj opisać, musiałabym powtarzać w kółko: nie, nie, nie. Nie miała męża, dzieci, świń, krów ani ziemi, nie podchodziła nigdy do płota, nie pożyczała soli od sąsiadek, nie odpowiadała na "dzień dobry" i nie lubiła dzieci. O, nie! A gdybym miała opisać jej dom, musiałabym powiedzieć, że stał na skraju. Nie było w tym niczego niezwykłego. W tamtych tkliwych, pełnych bólów fantomowych czasach, cała wieś składała się niemal wyłącznie ze skrajów, z uchyłków, z rąbków, załomków, rubieży. 

Ale czy nie jest tak, że wszelkie ciekawe, zatrzymujące uwagę historie, dzieją się w jakichś uchyłkach, na obrzeżach. Trudno się dziwić, że ludzie rzucali ukradkowe spojrzenia, kiedy mijali dom Małkowskiej. Ja również zaczęłam się na nią gapić, dyskretnie obserwować, jak kręci się po ogródku, jak piele i podlewa byliny. Kucałam pod płotem, bawiłam się kwiatkami. Wyobrażałam sobie, że zapada zmrok, a Małkowska szykuje się do snu: ściąga przez głowę kretonową sukienkę,  a potem układa na krześle odpinane pośladki, obce i martwe jak drewniana noga Składaka.  

A jednak to były piękne dni, po prostu piękne dni - jak z nowiutkiego radia Sonata radośnie śpiewała Halina Kunicka. Jeszcze nie byłam w Oświęcimiu, jeszcze nie wiedziałam o Josefie Mengele, jeszcze nie poznałam takich słów jak rasa, eksperyment czy kastracja. Małkowska była i znała to wszystko doskonale. Jednak w tych pięknych dniach i do niej uśmiechnęło się szczęście. Małkowską, a może jej wojenną historią zainteresował się ksiądz. To był światowy człowiek z klasą i znajomościami. Wszędzie był, wszystko widział, szwargotał po niemiecku jak prawdziwy szwab. Odważny też musiał być jak mało kto. Wcale się nie bał drewnianej dupy - widziałam go kiedyś na ganku Małkowskiej i oboje stali swobodni, roześmiani.  I jeszcze raz kiedyś go zobaczyłam, jak - wzorem ojca Browna - pedałował leśną drogą w kierunku jej domu, bez cienia lęku o kurz na sutannie.

- Dostała walizkę niemieckich pieniędzy, ksiądz jej załatwił - szeptał z przejęciem Czarny Stasiek, a Rudy Jerek potakiwał, pałaszując z przejęciem swoją pajdę chleba z cukrem.

- Gówno dostała, szkopy nie dają nam żadnych odszkodowań - wyrokował w naszej kuchni Wujo Ślepy, chrupiąc z apetytem kolejne kocie oczko z marmoladą.

A jednak musiało być coś na rzeczy z tą walizką, bo pewnego dnia w parafii pojawiły się dwa samochody. Dwa niedościgłe marzenia - nowiutkie Warszawy, piękne, prosto z fabryki na Żeraniu. Jedna stanęła przed plebanią - należała się księdzu za załatwienie sprawy. Podobno jeździł po okolicy jak wariat i wkrótce wyjechał na nową parafię. Druga zaparkowała w komórce u Małkowskiej i nigdy nie opuściła swojego garażu. Bo gdzieżby tam kobieta nauczyła się jeździć. I skąd by wzięła na benzynę. I tak się obie samotnie starzały, rdzewiały, każda w swoich własnych czterech ścianach, z dala od ciekawskich ludzkich spojrzeń. Nie było z nich nigdy żadnego pożytku i kto tam wie, co się na koniec z nimi stało.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz