Czarny Stasiek i Rudy Jerek mieli swoje sposoby na to, żeby mnie porządnie wystraszyć: Stasiek sugestywnie opowiadał, zaś Jerek się bał - niezwykle przekonująco.
Stasiek w jednym paluszku nosił paletę relacji z najstraszniejszych, a
jednocześnie najprawdziwszych wydarzeń. I wierzcie lub nie, ale
najczarniejsze czernie przetaczały się, pod osłoną nocy, przez nasze
podwórza, drogi i pobocza, przez nasze strychy, chlewy, stajnie i obory.
Ożywienie Frankensteina, które wkrótce dane nam było zobaczyć na własne
oczy, na ekranie nowego, szkolnego telewizora, wydawało się łagodną,
dziecięcą usypianką.
-Dziś w nocy Prokurat latał aż na Maciejów - zdawał relację Stasiek, który pół nocy przesiedział przy oknie, bo bolący mleczak nie dawał mu spać.
Wsadził sobie do dziury kawał proszka z krzyżykiem, później główkę
goździka i już miał zamiar położyć się do łóżka, kiedy usłyszał, że
Prokurat wraca. Przodem szedł czarny kot, za nim chudy mężczyzna w
garniturze, z dwiema bańkami wody przytroczonymi do ramion. Piszczały
mu te bańki, citały, a żaden pies we wsi nawet nie warknął, nie
zamruczał. Leżały cicho w budach, jak zaczarowane.
Bałam się
bólu mleczaka. Natomiast w Prokurata uwierzyłam tak, jak się wierzy w
zmory, w strzygi, we wszystkie te przeklęte zjawy, które pojawiają się
tylko nocą, które spienionym koniom zaplatają grzywy, a ludziom siadają
na piersiach z taką siłą, że nie da się ani zaczerpnąć powietrza, ani
krzyknąć, ani nawet usiąść na łóżku. Nikt jeszcze nie widział takiej
zmory, nie umiał powiedzieć, czy jest młoda czy stara, szkaradna, czy
piękna jak wróżka. A jednak nie było we wsi nikogo, komu by chociaż raz w
życiu nie usiadła w nocy na piersiach. A im bardziej się boisz - tym
ona mocniej gniecie, z tą większą zawziętością wyciska cię z ciała. A
kiedy już ci się wydaje, że to koniec, kiedy dostrzegasz śmierć i powoli
się na nią zgadzasz - zmora znika. Może żywi się ludzkim strachem, a
może i ona boi się śmierci.
Prokurat się bał. Szpiedzy i bandyci, hitlerowcy, komuniści, partyjniacy wszelkiej maści, nieustannie nastawali na jego życie. Byli wszędzie - odbijali się w szybach okien, w kałużach, w czeluściach studni. Znali każdą dziurkę w jego domu, każdą szczelinę, jak krety i nornice ryli swoje labirynty, tajne przejścia, sekretne korytarze, wciskali się przez szpary w drzwiach, przez komin, przez mysie nory. Rozrzucali truciznę, rozpylali gaz. Woda w studni Prokurata była zatruta i nie mógł z niej korzystać. Nocą krążył więc po wsi, obserwował okna, a kiedy zauważał pogaszone światła, zakradał się na obce podwórka i czerpał z cudzych cembrowin. Każdej nocy zmieniał studnię, nikogo nie pytał o zgodę, nigdy nie uprzedzał - to był jego sposób, żeby wyprowadzić prześladowców w pole. Czasami ktoś go przyłapywał na tym czerpaniu, na tym ciąganiu wózka po ciemnych, wiejskich drogach; wyśmiewał to jego szaleństwo, albo i nie wyśmiewał.
Dzisiaj wiem, że to on był tym indiańskim szamanem,
którego widziałam z okna domu babci. Odwiedził nas owej księżycowej
nocy, kiedy i mnie bolał mleczak i ja również nie mogłam spać. Wyciągał
kulką wodę z naszej studni, a wieczorny wiatr rozwiewał mu pióropusz
siwych włosów. Nasza Łajka spała spokojnie. Nie szczekała.
Przestraszyłam się Prokurata, kiedy go zobaczyłam w świetle dnia. Na skraju wsi, w pewnej odległości od szosy, rosła kępa dziwacznych zarośli. Stasiek kręcił się tam wieczorami, a raz kiedyś, w środku dnia, wybiegł spośród tego kłębowiska z kiścią białych winogron. Nigdy nie jadłam winogron. Jerek też jeszcze nie jadł. Szłam za nim wąską, ledwie zaznaczoną ścieżką, jakbym trafiła do bajki o Jasiu i Małgosi. Miejsce wydawało się niezwykłe. I nawet się specjalnie nie zdziwiłam, kiedy spośród kęp krzaków, plątaniny pnączy i potężnych wałów ziemi - wyłoniła się chatka, kryta strzechą. Obcy mężczyzna i nieznajoma kobieta przyglądali mi się z wrogością. Na czarnej pokrywie zatrutej studni wylegiwał się czarny kot.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz