czwartek, 20 stycznia 2022

MINY

 

Jak można było nazwać córkę Walentyna! To może jeszcze Tiereszkowa!  Ale tak to już było, tak to się kończyło, kiedy pijany chłop szedł do urzędu, żeby zgłosić urodzenie potomka. Taki jeden miejscowy pijus miał cztery córki - cztery Jadwigi. Aż go ksiądz proboszcz przy czwartym chrzcie zapytał: 

-Synu, czy to już nie ma na tym bożym świecie innych imion? 

Takie ruskie imię Walentyna było dobre dla psa, nie dla człowieka. Latały po wsi różne Łajki, Luny, przeróżne Sputniki, jakaś Wala też by się mogła między nimi kręcić i nikt by nawet nie zauważył. W tym zamiłowaniu do kosmicznych imion, nadawanych pokracznym, wiejskim kundlom, wybrzmiewała jakaś chłopska buta, może nawet pogarda dla tych wyższych, niedostępnych  światów. Kto wie - może też poczucie zadawnionej chłopskiej krzywdy. Przeklęte komuchy, sługusy Breżniewa. Mogli sobie wsadzić w dupę ten swój postęp techniczny, ten swój powszechny dobrobyt, tę swoją sprawiedliwość społeczną, skoro wybrańcy już latali w stronę nieba, piekło na ziemi zostawiając maluczkim. Tylko zbawienie miało się dobrze - tej sprawiedliwości nikomu jeszcze nie udało się zweryfikować.

Pojawiały się te nasze skundlone astronautki nie wiadomo kiedy i skąd,  i nie wiadomo gdzie i kiedy znikały. Zapewne po staremu - w ziemi, w dole, pod papierówką, malinówką czy kosztelką. Ale Meteor i Kometa utopiły się w sadzawce, tego samego dnia, a może nocy. To było nie do uwierzenia, jak woda  te kundle upodobniła do siebie. Kołysały się tak samo na falach, rozdęte, i rozpulchnione, tak samo odrażające i obrzydliwe. kiedy chłopcy próbowali je wyciągnąć patykami na brzeg.  Jerek ciągnął Kometę, Stasiek Meteora, ale szczeniaki nie dawały się rozdzielić.  A to przecież były dwa zupełnie obce ciała.

To był pierwszy zły dzień mojego życia. Wcześniejsze dni dzieliły się na dobre, kiedy wszyscy się cieszą i na dni zwyczajne, kiedy nie dzieje się nic. Dni wściekłe, kiedy miny przeciwpiechotne odrywają nogi zamyślonym dziewczynkom, kiedy wbija je w ziemię dyzenteria i tężec, oddaliły się z tego miejsca z prędkością rakiet, startujących z kosmodromu. Został po nich popiół, spalona ziemia,  wypalone serca naszych matek, ojców, dziadków i babć.

Stasiek postanowił zostać kosmonautą. Jerek się bał, ale on bał się wszystkiego - chyba z przyzwyczajenia, a może na pokaz, może tylko po to, żeby zadowolić Staśka. Ja również dawałam pokaz strachu, ale delikatnie, z umiarem. Tego co najbliżej - nie bałam się zupełnie. Nie było czego. Miny już były zdetonowane, niewypały rozbrojone, szczątki moich ciotek zebrane i złożone w poświęconej ziemi. W tym, co najbliżej - nie widziałam nic złego: zaorane pola, grzywy miedz, krzywe płoty, pobielone pnie jabłonek, podnoszące się powoli po wojnie ruiny przydomowych ogródków. Niebo, piekło, czyściec czy nawet raj, też nie wydawały się takie odległe - tam jeszcze sięgał słaby reflektor babcinej wiary, którą z determinacją usiłowała mnie zarazić. Daleki kosmos, przeszłość i nasza przyszłość: moja, Jerka, Staśka czy Walentyny - to była pustka, pradawne wilcze doły, nie rozbrojone pole nowiutkich, przeciwpiechotnych min.

 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz