- Kim chcesz zostać w przyszłości? - zapytała starsza koleżanka Wiola.
Szłyśmy
skrajem brukowanej szosy, korzystając z wygodnych kolein, ubitych przez
gumowe koła nowoczesnych chłopskich furmanek. Dokuczał mi upał i kurz,
wznoszony przez twarde podeszwy dziecięcych sandałów. Marzyłam o jednym:
donieść wreszcie do domu tę piekielnie
ciężką kankę z mirabelkami, zebranymi z trudem w sadku
ciotki Teresy. Koleżanka Wiola, lekko roztargniona mistrzyni pytań
retorycznych, chyba nie dostrzegała mojego cierpienia i raczej nie
oczekiwała odpowiedzi.
- Chcę zostać piosenkarką - oświadczyła z
budzącą niepokój emfazą w głosie. W mowie mojego ciała musiała dostrzec
coś, co zbiło ją z tropu, bo szybko dodała, jakby dla usprawiedliwienia:
- Bardzo lubię śpiewać.
Coś niepokojącego stało się z czasem,
zauważalnie drgnął i zrzucił z siebie czapkę niewidkę. Oczyma
zdezorientowanej wyobraźni zobaczyłam Wiolę na scenie świetlicy, w
tutejszym słowniku nazywanej szopą. Zaganiano do niej miejscową klasę
robotniczą i chłopską, w celu radosnego uczczenia kolejnej rocznicy
Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, zaś lud pracujący
miast i wsi - w celu celebrowania Święta Pracy. W programie
uroczystości była akademia, przygotowana przez nauczycieli i uczniów
naszej szkoły. A muszę oświadczyć, z pełną odpowiedzialnością, że
ówczesne ciało pedagogiczne było po mistrzowsku formowane do pełnienia
nowych ról, podczas rozlicznych kursów i szkoleń. Z kolei socjalistyczna
młodzież mogła się pochwalić szerokim wachlarzem predyspozycji
artystycznych. Młodsze dzieci tańczyły krakowiaka, starsze dziewczyny
grały na mandolinach, sekcja gimnastyczna prężyła się w mostkach i
szpagatach, aktorzy recytowali wiersze okolicznościowe, autorstwa
najlepszych poetów polskich i radzieckich, zaś chór szkolny śpiewał na
dwa głosy, po rosyjsku i po polsku, czyli w dwóch najbardziej
postępowych językach świata wolnego od kapitalistycznej zgnilizny. I
oczyma pamięci, szeroko otwartymi z przerażenia, widzę też siebie, jak
się uwijam na tej scenie, jak tańczę, recytuję, śpiewam, jak gram na
mandolinie i wykonuję pół-szpagat, bo pełnego szpagatu nie umiem zrobić
po dziś dzień. Aktorów przywożono spod szkoły furmankami. Nigdy się nie
dowiedziałam, skąd się brała ta wspaniała, wyrobiona publiczność. Na
ciasno upakowanej widowni panował ład. Dodajmy: nowy ład. Tradycyjny
podział, praktykowany w kościele od pokoleń, a który by można
najprościej streścić: baby z dziećmi na prawo, chłopy na lewo, został
zrewidowany i udoskonalony. Chłopi, w niedzielnych ubraniach, zajmowali
krzesła w drugich rzędach - siedzenia pierwszego rzędu krzeseł
zarezerwowane były dla wyższych rangą, lecz wyrozumiałych dla kultury mas,
towarzyszy. Na prostych ławkach z tyłu sali zasiadały wystrojone baby i
dzieci w wieku przedszkolnym. Wśród zebranych panował porządek i
dyscyplina. Artysta, który się kłaniał - dostawał salwy braw. Artysta,
który się zaciął i zapomniał - dostawał salwy śmiechu. A kiedy nareszcie
już było po wszystkim, kiedy wyczerpanych artystów, abnegatów i starców
zapakowano na furmanki i wywieziono na powrót pod szkołę - zaczynało się to, na
co od początku czekali prężni przedstawiciele partii i narodu. Głos zabierał towarzysz z powiatu, na chwilę, właściwie tylko po to, aby - w miłym zapachu bigosu, dochodzącym z zaplecza - delikatnie wywindować morale. Po czym patronat nad dalszym przebiegiem uroczystości przechodził w pracowite dłonie Koła
Gospodyń Wiejskich. C.d.n.(może)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz