niedziela, 2 stycznia 2022

IMPREZA MARZEŃ

 

- Kim chcesz zostać w przyszłości? - zapytała starsza koleżanka Wiola.
Szłyśmy skrajem brukowanej szosy, korzystając z wygodnych kolein, ubitych przez gumowe koła nowoczesnych chłopskich furmanek. Dokuczał mi upał i kurz, wznoszony przez twarde podeszwy dziecięcych sandałów. Marzyłam o jednym: donieść wreszcie do domu tę piekielnie ciężką kankę z mirabelkami, zebranymi z trudem w sadku ciotki Teresy.  Koleżanka Wiola, lekko roztargniona mistrzyni pytań retorycznych, chyba nie dostrzegała mojego cierpienia i raczej nie oczekiwała odpowiedzi.
- Chcę zostać piosenkarką - oświadczyła z budzącą niepokój emfazą w głosie. W mowie mojego ciała musiała dostrzec coś, co zbiło ją z tropu, bo szybko dodała, jakby dla usprawiedliwienia: - Bardzo lubię śpiewać.
Coś niepokojącego stało się z czasem, zauważalnie drgnął i zrzucił z siebie czapkę niewidkę. Oczyma zdezorientowanej wyobraźni zobaczyłam Wiolę na scenie świetlicy, w tutejszym słowniku nazywanej szopą. Zaganiano do niej miejscową klasę robotniczą i chłopską, w celu radosnego uczczenia kolejnej rocznicy Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, zaś lud pracujący miast i wsi - w celu celebrowania  Święta Pracy. W programie uroczystości była akademia, przygotowana przez nauczycieli i uczniów naszej szkoły. A muszę oświadczyć, z pełną odpowiedzialnością, że ówczesne ciało pedagogiczne było po mistrzowsku formowane do pełnienia nowych ról, podczas rozlicznych kursów i szkoleń. Z kolei socjalistyczna młodzież mogła się pochwalić szerokim wachlarzem predyspozycji artystycznych. Młodsze dzieci tańczyły krakowiaka, starsze dziewczyny grały na mandolinach, sekcja gimnastyczna prężyła się w mostkach i szpagatach, aktorzy recytowali wiersze okolicznościowe, autorstwa najlepszych poetów polskich i radzieckich, zaś chór szkolny śpiewał na dwa głosy, po rosyjsku i po polsku, czyli w dwóch najbardziej postępowych językach świata wolnego od kapitalistycznej zgnilizny. I oczyma pamięci, szeroko otwartymi z przerażenia, widzę też siebie,  jak się uwijam na tej scenie, jak tańczę, recytuję, śpiewam, jak gram na mandolinie i wykonuję pół-szpagat, bo pełnego szpagatu nie umiem zrobić po dziś dzień. Aktorów przywożono spod szkoły furmankami. Nigdy się nie dowiedziałam, skąd się brała ta wspaniała, wyrobiona publiczność. Na ciasno upakowanej widowni panował ład. Dodajmy: nowy ład. Tradycyjny podział, praktykowany w kościele od pokoleń, a który by można najprościej streścić: baby z dziećmi na prawo, chłopy na lewo, został zrewidowany i udoskonalony. Chłopi, w niedzielnych ubraniach, zajmowali krzesła w drugich rzędach - siedzenia pierwszego rzędu krzeseł zarezerwowane były dla wyższych rangą, lecz wyrozumiałych dla kultury mas, towarzyszy. Na prostych ławkach z tyłu sali zasiadały wystrojone baby i dzieci w wieku przedszkolnym. Wśród zebranych panował porządek i dyscyplina. Artysta, który się kłaniał - dostawał salwy braw. Artysta, który się zaciął i zapomniał - dostawał salwy śmiechu. A kiedy nareszcie już było po wszystkim, kiedy wyczerpanych artystów, abnegatów i starców zapakowano na furmanki i wywieziono na powrót pod szkołę - zaczynało się to, na co od początku czekali prężni przedstawiciele partii i narodu.  Głos zabierał towarzysz z powiatu, na chwilę, właściwie tylko po to, aby - w miłym  zapachu bigosu, dochodzącym z zaplecza - delikatnie wywindować morale. Po czym patronat nad dalszym przebiegiem uroczystości przechodził w pracowite dłonie Koła Gospodyń Wiejskich. C.d.n.(może)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz