piątek, 6 stycznia 2023

AVATAR. ISTOTA WODY

Mateuszek: Spodobał się pani ten film, który pani dałem?
Ja: Tak, nawet bardzo!
Mateuszek: Wiedziałem – ZERO AKCJI! Buhahahhahaah!
 
 
Pierwszego Avatara obejrzałam trzy razy. Najpierw z ciekawości, a później – pewnie głupio to zabrzmi - z tęsknoty za pięknem Pandory, za urodą avatarów, za niebieskimi ludźmi, za bujnością inteligentnego życia, które dostało zdolność porozumienia, za inteligencją ziemskich naukowców i niewyobrażalną technologią, pozwalającą sięgnąć niemożliwego. Sceny wojny, wątki ludzkiej podłości i chciwości, męskość brutalnych i podkręconych chemią i technologią facetów w mundurach jakoś zniosłam, wiedząc z góry, że dobro zwycięży. Nie pamiętam już ile razy się poryczałam. Na pewno przynajmniej raz, w końcowej scenie przeniesienia świadomości kalekiego Jacka do wspaniałego ciała jego avatara. 
 
Istoty wody chyba po raz drugi nie obejrzę. Może mi zabrakło pierwiastków nowości, wstrząsu wywołanego niespodziewanym pięknem. Jakkolwiek już mnie korci, żeby się lepiej przyjrzeć zielonym. I rozumiejącym fizykę kwantową wielorybom, ślicznej córce naukowczyni. Zanurzyć się w niemożliwym – w życiu tak zdrowym, bogatym i dostatnim, że wszelka technologia jest zbędna.
 
Są jednak w filmie elementy odstręczające. Strasznie dużo żelastwa, które sieje zniszczenie, ale też naiwność w pokazaniu zależności społecznych. Jest bajkowe męstwo, zbyt oczywista siła więzów krwi, pospolita i irytująca małostkowość młodzieży. Także hierarchia i patriarchalne dziaderstwo, które na Pandorze też mają się całkiem dobrze. Ziemscy naukowcy są nijacy, przywódcy chciwi, a żołnierze podporządkowani i brutalni. Na zatrzymanie się zasługuje – moim zdaniem - wyraźny wątek, podkreślający małość naszego gatunku: skłonność przywódców i cicha zgoda otoczenia na wykorzystywanie topniejących zasobów Ziemi do własnych, prywatnych, osobistych krucjat. 
 
Raz wyszłam na siku i kilka razy miałam dosyć. Jednak po zapaleniu światła długo nie mogłam zdjąć okularów do 3D, bo miałam całą gębę zalaną łzami. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz płakałam. Więc może, summa summarum, warto było.
 
A na filmiku z Rezerwatu Turzyniec skaczą sobie avatary moich Boberków.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz